#9 Zapachowy zawrót głowy: Zara Black Amber i Zara Femme

#9 Zapachowy zawrót głowy: Zara Black Amber i Zara Femme


Wiele sklepów stacjonarnych ma w swojej ofercie perfumy. Zazwyczaj nie przekraczają one sumy stu złotych - zaskakują.  Zara od czasu do czasu ponawia swoje ofertę wypuszczając na rynek prezentowany zestaw. Swój kupiłam ponad rok temu w dwupaku za zabójczą cenę 49,90 zł.

W tym zestawie zestawiono ze sobą dwa przeciwstawne zapachy. Każdy z nich ma pojemność 100 ml. Perfumy zamknięte są w geometrycznych flakonach, które według mnie mogą ozdobić każde pomieszczenie urządzone w stylu skandynawskim. Moim zdaniem stanowiłyby fajny element dekoracyjny.

Jeśli chodzi o wydajność tych produktów to jest ona na naprawdę wysokim poziomie. Używam je codziennie od ponad roku i mam ponad połowę butelki. A muszę zaznaczyć, że perfumami zazwyczaj się "oblewam" niż delikatnie spryskuję. Zapach utrzymuje się na ubraniach bardzo długo i jest naprawdę intensywny.

W zasadzie cały czas używam sformułowania "perfumy", a tak naprawdę są to wody toaletowe. Produkty te produkowane są w Hiszpanii. Oprócz sklepu stacjonarnego można dostać je w sklepie online, a czasami w bardzo korzystnych cenach na Allegro. Można dostać je w dwóch pojemnościach: 30 ml i 100 ml. Oprócz prezentowanych wód Zara ma w swojej ofercie jeszcze kilkanaście innych propozycji. Każda z nich jest zbliżona zapachowo do popularnych perfum.

Black Amber jest to ciężki, jednak zmysłowy i głęboki zapach. Na większe wyjścia i na zimową porę jest idealny. Otula swoim zapachem i jest wyczuwalny około 6-8 godzin. Nie czuć w nich nut kwiatowych. Jest to zdecydowanie niebanalny zapach i nie każdemu może on przypaść do gustu.
Femme z kolei są to delikatne kwiatowo-owocowe nuty zapachowe.Jednym minusem tej wersji jest to, że nie są one tak trwałe. Te zdecydowanie lepiej sprawdzą się w letnie wieczory.

Nuty zapachowe perfum: 


Zara Black Amber
 nuta głowy: tangeryna; 
nuta serca: gardenia tahitańska i marakuja
nuta bazy: wanilia i ambra. 
Zamiennik: The One D&G


Zara Femme
nuta głowy: bergamotka
nuta serca: piwonia i wanilia
nuta bazy: paczula i piżmo. 
Zamiennik: Hypnotic Poison Diora

 Podsumowując. wody toaletowe z Zary są naprawdę godne polecenia. Tak jak już wspominałam w ofercie są inne propozycje zapachowe, m.in. Zara  Red Vanilla. Sklep ma w swoim asortymencie również zapachy dla mężczyzn, jednak opinii o nich nie znam.

Któraś z Was stosowała te wody toaletowe? A może macie swoje ulubione "sieciówkowe" zapachy?
 
#8 W poszukiwaniu kokosowego Graala

#8 W poszukiwaniu kokosowego Graala


Jak powszechnie wiadomo kokos, a szczególnie olej kokosowy, ma zbawienny wpływ niemalże na wszystko. Można stosować go od stóp do głów, jak i wewnętrznie. Jak każdy produkt ma wielu zwolenników oraz przeciwników. Ja olej ten stosuję niemalże cały czas, ale czasami chcę urozmaicić sobie przyjemność pielęgnacji i sięgam po kokosowe cuda.
Jednak ja, gdy słyszę słowo 'kokos' przed oczami nie mam oleju. Wyczuwam zapach. Genialny, charakterystyczny, zapach kokosu. W pielęgnacji to właśnie produktów o takiej nucie zapachowej mam najwięcej. 
Pomadki ochronne, żele pod prysznic, balsamy. Wszystko pachnie właśnie nim. Ale jak to jest, że kokos kokosowi nierówny?

Dzisiaj skupię się na opisie trzech balsamów, z różnych półek cenowych. Tę najniższą półkę cenową będzie reprezentowała esencja tropikalnego kokosu w nawilżającym balsamie do ciała z Ziaja  - czyż nie zapachniało wakacjami i olejkami do opalania? (tak, na zapach olejków do opalania też mam obsesję). Średnia półka cenowa to Yves Rocher i Noix de coco. W tym zestawieniu najdrożej wypada Coconut oil body butter, dlatego to jemy przypadnie reprezentowanie wyższej półki cenowej.

Esencja tropikalnego kokosu w nawilżającym balsamie do ciała, Ziaja


Balsam zamknięty jest w poręcznym opakowaniu. Typowym dla marki Ziaja. Otrzymujemy 200 ml produktu, co kosztuje nas około 6 zł. Balsam jest rzadki. Ma bardzo delikatną konsystencję. Mi osobiście przypomina żel do opalania (kurczę, zamęczę Was dzisiaj tymi porównaniami do żelu do opalania). Szybko się wchłania. Poziom nawilżenia jaki pozostawia na skórze jest praktycznie nie wyczuwalny i jeśli poszukujecie czegoś naprawdę bardzo dobrze działającego w tej kwestii to nie polecam. Warto wspomnieć, że balsam nie pozostawia nieprzyjemnego filmu na skórze, nie lepi się.
Producent na opakowaniu zaleca, żeby stosować, go tak często jak jest konieczne. Ale przepraszam bardzo, nie wyobrażam sobie ściągać co 15 minut ubrań i smarować całego ciała, bo mam właśnie taką potrzebę. Myślę, że takie sformułowanie najbardziej pasuje do kremu do rąk, a nie do balsamu do ciała. 
Jeśli chodzi o zapach to radzę nie sugerować się pięknym obrazkiem kokosu.  Według mnie, a mój węch na punkcie tej nuty zapachowej jest naprawdę wyczulony,  w balsamie można odnaleźć delikatną (z naciskiem na to słowo) woń kokosu. W przeważającej mierze dominuje zapach cytrusowy. Zatem esencja tropikalnego kokosu jest bardziej "tropikalna" niż "kokosowa". 

Czy kupię ten produkt ponownie? Nie. Bo przy dłuższym stosowaniu zapach jest bardzo drażniący i z czasem zaczynał przypominać mi jakiś środek do czyszczenia, niż przyjemnie pachnący kosmetyk.

Balsam do ciała Noux de coco, Yves Rocher

Firma Yves Rocher sławi się tym, że proponuje w większości kosmetyki pochodzenia naturalnego. Ja najczęściej sięgam po pomadki ochronne właśnie z tej firmy. Balsam to 200 ml produktu zamkniętego, tak jak poprzednik, w wygodnej formie butelki. Tutaj cena za taką pojemność jest troszkę wyższa, bo wynosi około 15 zł. 
Balsam jest gęsty w konsystencji. Potrzebuje dłuższej chwili na wchłonięcie się, jednak nadal nie pozostawia tłustego filmu na skórze. Nie lubię tego efektu i przy wybieraniu balsamu w dużym stopniu kieruje się również tym - a bardziej opiniami na temat jakiegoś produktu.  Ponownie nawilżenie, w tym produkcie, jest niewielkie. Przy mojej suchej skórze, zdecydowanie zbyt małe. Nie można zarzucić mu tego, że nie pozostawia skóry miękkiej - bo pozostawia. Pomimo wydawać by się mogło tak małej objętości, starcza na naprawdę długo.
Zapach kokosu jest w tym przypadku bardzo intensywny. Wyczuwalny nie tylko przez nas, ale i przez całe otoczenie. Szkoda, że raczej zalicza się do tych chemicznych zapachów. Jak dla mnie zbyt intensywny. 

Czy kupię go ponownie? Tak, bo jest w nim coś takiego pociągającego. Ja swój sposób na "intensywność" tego zapachu znalazłam -nie stosuję go codziennie.

Coconut oil body butter, Arganatrual


Co prawda jest to masło do ciała, jednak dla mnie nie ma to większego znaczenia, gdyż stosuję go jako balsam. Produkt ten wyprodukowany jest w USA i można go dostać przez takie strony jak amazon.com czy ebay.com. Jego cena waha się w granicach 10-15 dolarów, dlatego też zaliczyłam go do wyższej półki cenowej. Osobiście swojego balsamu nie zamawiałam z wyżej wymienionych stron, był to prezent przywieziony ze Stanów Zjednoczonych.
Konsystencja tego balsamu jest średnia. Nie jest ani za gęsty, ani za rzadki. Fenomenem tego kosmetyku jest to, że po nabraniu go w dłonie on się dosłownie w nich rozpływa. Pozostawia skórę momentalnie miękką, delikatną. Pomimo zawartości i oleju kokosowego jak i arganowego można by się spodziewać, że pozostawia na skórze film. On natomiast wchłania się do matu dosłownie od razu. Skóra jest odżywiona, miękka. Produkt jest wydajny, bo do posmarowania całego ciała wystarczy dosłownie odrobina.
Zapach jest genialny. Nie jest ani trochę chemiczny. Jest intensywny, ale nie aż tak nachalny jak Yves Rocher. Jedynie do czego mogłabym się doczepić to forma opakowania. Ja takiej nie lubię. Zdecydowanie wolę wyciskane butelki bądź butelki z pompką. Mam wtedy poczucie, że produkt jest wtedy wykorzystywany. A nie marnotrawiony.
Czy kupię ponownie? Tak, jeśli zdobędę go gdzieś online.

Podsumowując, gdyby kokosowe masło do ciała było dostępne stacjonarnie w Polsce to ono wygrałoby tę rywalizację - bez dwóch zdań. Mam świadomość tego, że nie jest on dostępny i według mnie nie byłoby w porządku stawianie go jako wygranego. Zatem rywalizację pozostawiam nierozstrzygniętą. Dalej szukam kokosowego ideału na polskiej ziemi :) Może Wy mi w tym pomożecie i zasugerujecie jakiś produkt?
#7 Kobo Make-up Primer Matt&Smooth Skin

#7 Kobo Make-up Primer Matt&Smooth Skin


W reklamach i czasopismach aż roi się od idealnie matowych cer. Rzeczą oczywistą jest, że nie jest to efekt naturalny. Dla niektórych aż sztuczny. Mi, posiadaczce cery wyjątkowo tłustej, taki efekt się podoba i często dążę do niego tworząc makijaż.
Od jakiegoś czasu szukam produktu, który wydawał mi się dotychczas mało przydatny. Mowa o bazie pod makijaż. Wydawało mi się, że potrzeba użycia takiego produktu pojawia się, gdy wychodzimy na jakąś dużą imprezę i chcemy, aby makijaż wyglądał perfekcyjnie.

Baza pod makijaż - po co?
Baza pod makijaż, inaczej mówiąc primer, to produkt, który ma na celu przede wszystkim poprawę trwałości makijażu.Stanowi ona pierwszą warstwę makijażu, na której utrzymuje się podkład. Wyróżnia się różne typy baz (matujące, rozświetlające i wygładzające), jednak ja skupię się na matującej. W teorii baza ma przedłużać trwałość makijażu do 12 godzin


 Bazę Kobo Make-up Primer Matt&Smooth Skin jest bez problemu do kupienia w Naturze. Jej cena to 19,90 zł. W opakowaniu znajduje się 20 ml produktu. Produkt jest o konsystencji przeźroczystszego żelu. Sama forma opakowania jest bardzo poręczna. A jeśli nie lubimy, gdy kosmetyki walają się na leżąco po szufladzie, jest na tyle stabilne to opakowanie, że może stać na nakrętce i się nie straci równowagi :)

 Jest to silikonowa baza. Jej ogromnym plusem jest to, że niesamowicie wygładza twarz. Dosłownie mam ochotę cały czas dotykać się po twarzy, bo jest ona tak aksamitna - niemalże jak aksamit. Pomimo dość zbitej i ciężkiej konsystencji rozporwadza się po twarzy bardzo, bardzo łatwo. Za co ogromny plus. Wydajność produktu przy tym wzrasta. Jeśli chodzi o gotowość cery do nałożenia podkładu, to etap ten następuje bardzo szybko. Współpracuje dobrze chyba z większością przetestowanych przeze mnie podkładów.

I na tym zakończyłabym pozytywne strony tego kosmetyku.

Z definicji baza ma przedłużać trwałość makijażu do 12 godzin. Co prawda takiej obietnicy nie znajdziemy na opakowaniu, więc nie karcę tego produktu za to, że nie wytrzymuje takiego okresu. "Długotrwały efekt" wspomniany przez producenta u mnie na cerze utrzymuje się maksymalnie do 4 godzin. Niestety, powoduje wysuszenie skóry. Tak! Wysusza nawet moją bardzo tłustą skórę! I minusem, który zaczyna się gdzieś w Europie a kończy w Ameryce jest fakt, że zapycha.


Ale to tak zapycha...
Tak bardzo mocno...

I nie są to jakieś drobne, pojedyncze krostki. Są to bolące, podskórne, długo gojące się gule. Wierzcie mi lub nie, ale wykluczyłam większość produktów, które mogłaby dodatkowo spowodować taki efekt. Więc jeśli chcecie mieć twarz opuchniętą jak mała świnka, to polecam wam ten produkt! W tej sytuacji spisze się rewelacyjnie.
Chyba, że wasza skórę bardzo trudno jest czymś "zapchać" to wtedy będziecie borykać się z suchością i niespełnioną obietnicą producenta. Albo tylko niespełnioną obietnicą producenta. Albo ta baza was tak zachwyci, że stanie się u was hitem. To tylko moja opinia i moje spostrzeżenia na jej temat. Osobiście uważam, że każdy produkt trzeba poznać na sobie,  a nie ślepo wierzyć recenzją :) Moja dzisiaj jest niepochlebna. Szczerze mówiąc już dawno żaden produkt od Kobo mnie nie zawiódł.

Miałyście styczność z tą bazą? Jestem ciekawa waszego zdania na jej temat.

#6 Cellulit, Avada Kedavra!

#6 Cellulit, Avada Kedavra!

Statystycznie jedną z najczęściej udzielanych odpowiedzi  na pytanie, jakiego elementu najbardziej nie lubimy w swoim ciele, są uda. Głównie przez to, że to na nich pojawia się dość uporczywa i nie zawsze estetycznie wyglądająca skórka pomarańczowa. 
Cellulit to takie cholerstwo o którym słyszała każda kobieta. Niesprawiedliwością w przypadku jego pojawiania się jest fakt, że niektóre kobiety mogą nigdy w życiu go nie doświadczyć, inne już od wieku nastoletniego mogą się z nim borykać. W przeprowadzanych badaniach wykazano, że pojawienie się skóry pomarańczowej dotyka zarówno kobiety otyłe jak i szczupłe. Nie ma również wpływu to, czy kobieta urodziła kilkoro dzieci czy nie rodziła wcale.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o szczotkowaniu ciała na sucho, popukałam się w głowę. Nieprzyjemne, grube włosie bez jakiegokolwiek poślizgu w postaci olejku  - to musiało skończyć się podrażnieniem! Jednak cieszę się, że przełamałam się w tej kwestii i zaryzykowałam, gdyż...


Szczotkowanie na sucho
Jest to zabieg,masaż, polegający na przesuwaniu po ciele szczotką w kierunku pionowym. Zawsze takie szczotkowanie należy zaczynać od stóp i przechodząc dalej: poprzez łydki, uda, brzuch i ramiona. Zawsze w kierunku serca. Najlepiej wykonać je przed prysznicem. Stosowany w okresach zimowych spowoduje szybsze rozgrzanie się organizmu z tego względu, że pobudza krążenie.Twierdzi się, że taki masaż jest dużo efektywniejszy od tradycyjnego peelingu.

Szczotka
Wybór tak naprawdę należy do was. W drogeriach znajdziecie kilkadziesiąt ich rodzajów. Na długim kijku, krótkim, czy takie do trzymania w dłoni. Często wyposażone są one w dodatkowe elementy, m.in. wypustki masujące. Warto zwrócić uwagę na to, żeby szczotka posiadała naturalne włosie.
Ja od kilku miesięcy posiadam szczotkę z Rossmanna z serii For Your Beauty. Posiada wygodną rączkę przez co masaż staje się banalnie łatwy i przyjemny. Ja za swoją szczotkę płaciłam około 19-20 złotych. Z tego co widziałam ostatnio można dostać również wersję bez wypustek.

Podstawowe zasady
A dokładniej moje spostrzeżenia dotyczące szczotkowania ciała na sucho:
- ze względu na duże działanie peelingujące, najlepiej wykonać masaż przed prysznicem. Prysznic pozwoli pozbyć się złuszczonego naskórka
- po prysznicu warto nałożyć jakiś mocny nawilżacz. Skóra po szczotkowaniu dużo łatwiej i chętniej przyjmuje wszystkie dobroczynne składniki produktów.
- zawsze taki masaż należy wykonywać na sucho.
- masaż nie powinien przekraczać 15 minut. Początki jednak bywają trudne, więc proponuję zacząć od kilku minut sukcesywnie zwiększając czas,
- polecam omijać delikatną okolicę - dekolt oraz biust z tego względu, że skóra w tych miejscach jest cieńsza przez co łatwiej ją podrażnić.

Szczotkowanie ciała - ale po co?
Wśród najważniejszych korzyści wyróżnia się przede wszystkim:

- zapobieganie wrastaniu włosków po depilacji,
- odblokowanie porów i złuszczenie martwego naskórka,
- rozbicie obszarów nagromadzonej tkanki tłuszczowej (Avada Kedavra, cellulicie!),
- polepszenie krążenia,
- przyspieszenie metabolizmu, przez co przez skórę szybciej uwalniają się szkodliwe substancje,
- skóra staje się gładka, poprawia się jej koloryt, ujędrnia się.


Szczotkuję swoje ciało już dobre kilka miesięcy. I pomimo tego, że przez jakiś czas robiłam to nieregularnie efekty są widoczne. Przede wszystkim poprawiła się jędrność ciała. Jest miękka, jednorakiego kolorytu. Jako, że nie jest mi obcy problem wrastających włosków mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że ten masaż spowodował ich znaczne ograniczenie. Starałam się szczotkować ciało co dwa dni, ale jak już wspominałam nie zawsze byłam w tym regularna. A efekty przekroczyły moje wszelkie oczekiwania.


A Wy, miałyście kiedykolwiek kontakt ze szczotkowaniem ciała na sucho? Może macie jakiś inny, równie skuteczny sposób?
#5: Fit me!

#5: Fit me!


Wiele osób zaczyna Nowy Rok od postanowień. Dzisiaj jednak nie będzie o nich aż tak bardzo dosłownie. Na takich listach, jednym z pierwszych elementów jest podpunkt: schudnę i zacznę się regularnie odżywiać.
Zaczyna się wtedy wielkie przeszukiwanie internetu. Dieta, ćwiczenia, blogi, milion różnych teorii. Na początku ciężko się w tym odnaleźć, to prawda. Szybko pojawia się efekt zniechęcenia, bo trafiamy na zestaw ćwiczeń, który kompletnie nam nie odpowiada, ale wałkujemy go cały czas...bo podobno szybko się przy nim chudnie.

Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam swoją recenzję dwóch zestawów ćwiczeń. Obydwa stworzone są przez tę samą autorkę, a swoje opinie konsultowałam z koleżanką-instruktorką fitness. 

Karate Cardio to innowacyjna forma ćwiczeń łącząca elementy fitnessu oraz wschodnich sztuk walki. Jest to pełnowymiarowy trening trwający około 50 minut. Ćwiczenia są wyjaśniane w bardzo jasny sposób, tempo jest naprawdę wysokie (jednak przed każdym ćwiczeniem pokazane są warianty dla początkujących!), więc jeśli chcemy  utrzymać oryginalne tempo, a dopiero zaczynamy przygodę z "chudnięciem", nie wytrzymamy do końca. Co ważne jest to trening kompleksowy - zawiera rozgrzewkę na początku jak i rozciąganie po treningu. Warto zwrócić na to uwagę, gdy wybieramy ćwiczenia na Youtube - tam nie zawsze wszystko tworzy harmonijną całość. Fajnym elementem, jest fakt, że na końcu mamy propozycję potreningowych, łatwych do wykonania, koktajli.Myślę, że początkujące osoby potrzebują takich wskazówek, szczególnie jeśli są one od osoby, która zna się na tym co robi i co promuje.

Rozgrzewka jest długa. Trwa około 10 minut i już po niej nie mamy siły na nic więcej. Trening główny daje w kość! A całość zamknięta jest długim, naprawdę świetnie sporządzonym rozciąganiem. Według mnie ten element jest lepiej przygotowany niż stretching zaproponowany przez Ewę Chodakowską.
Program treningowy jest przeznaczony bardziej dla kobiet, gdyż mało w nim propozycji treningu mięśniowego. Na płycie znajdują się trzy bonusy: tabata (zabójcza!), ćwiczenia dla par oraz propozycja koktajli. Warto zaznaczyć, że zarówno tabata jak i ćwiczenia w parach nie są oddzielnym programem treningowym. Są to bonusy jakie możemy wykonać lub dołożyć do głównego programu Karate Cardio.

Według mnie jest to naprawdę świetna propozycja. Sama autorka bardzo precyzyjnie wykonuje każde ćwiczenie, zawracając szczególną uwagę właśnie na ten element. Jednak jest jedno "ale": ćwiczenia mogą bardzo mocno obciążyć stawy kolanowe, więc jeśli macie taki problem zdrowotny nie radziłabym wam stosować tego treningu ciągle. Przy stosowaniu go 3 razy w tygodniu na pewno zobaczycie efekty! 

Anna Lewandowska 15/7 jest to propozycja 7 treningów po 15 minut. W rzeczywistości trwają one około 20. Jest to fajna alternatywa dla osób początkujących. W taki sposób można spokojnie przygotować organizm do większego wysiłku fizycznego i po kilkunastu takich treningach sięgnąć po coś mocniejszego, np. wspominane wyżej Karate Cardio.
Na każdy dzień tygodnia mamy przygotowany zestaw zupełnie innych, różnych ćwiczeń.

Poniedziałek to trening cardio HIIT (czyli inaczej mówiąc: High Intensity Interval Training – trening przedziałowy o wysokiej intensywności). Składa się on z 3 serii, w każdym po 3 ćwiczenia powtarzane 3 razy po 30 s każde.
Wtorek z kolei to trening wyzwanie. Składa się z 3 ćwiczeń, które powtórzone są w 4 seriach. Każde ćwiczenie wykonuje się po 1 minucie.
Środa to trening brzucha, czyli trening głównie na macie

Czwartek to dzień poświęcony nogom i pośladkom.
Piątek trening ramion, barków i pleców. Tutaj potrzebujemy jakieś obciążenie, jednak spokojnie możemy użyć w tym celu butelki z wodą.
Sobota to dzień ćwiczenia w parze. Jednak jeśli nie macie osoby, która chce z wami ćwiczyć, to spokojnie - samemu równie świetnie sobie poradzicie :)
Niedziela to rozciąganie. Pomimo tego, że trening ma na celu regenerację, nie jest on nudny!

Do płyty dołączona jest książeczka, a w niej (podobnie jak w Karate Cardio) przepisy na koktajle. Tym razem znajdziemy ich aż 7! Autorka po raz kolejny zwraca uwagę na to, że ćwiczenia powinny być wykonywane poprawnie technicznie a nie w tempie jaki ona narzuca. Dodatkowo zwraca uwagę jakich ćwiczeń nie powinny wykonywać osoby z poszczególnymi problemami zdrowotnymi.

Osobiście ja wolę połączyć kilka dni w jeden trening. Zazwyczaj skłaniam się ku trzem dniom (np. poniedziałek, środa, niedziela) i wykonuję kompleksowy 45-50 minutowy trening. Efekty zdecydowanie są szybciej widoczne :)
Cena zarówno jednej jak i drugiej płyty wynosi około 29 złotych. Jak na tę cenę otrzymujemy bardzo dobrze przygotowane zestawy treningowe. Obydwa dają mocno popalić, ale mi takie coś odpowiada. Bardzo często sięgam po te płyty i wam serdecznie je polecam :)

Ćwiczycie w domu czy wybieracie siłownie? Bo ja zdecydowanie bardziej wolę domowe zacisze :)
Jeśli chcecie, możecie zajrzeć na mojego instagram ( @panna_z ), gdzie często dzielę się z wami nowościami i tym co aktualnie mnie zachwyca. 

#4 Recenzja: Gliss Kur Hyaluron + Hair Filler

#4 Recenzja: Gliss Kur Hyaluron + Hair Filler


Gliss Kur może poszczycić się przeogromną gamą produktów do włosów. Niektóre się kocha, inne nienawidzi. Ich szampony zawsze skonstruowane są podobnie - są gęste, lśniące, pięknie pachnące. A mgiełko-odżywki do włosów zachwyciły już niejedną z nas.

Jakiś czas temu w Biedronce pojawił się zestaw: odżywka z szamponem. Podobno w mega promocji. Podobno, gdyż po przeliczeniu, w Rossmannie przy zakupie każdego produktu oddzielnie zapłaciłabym kilka złotych mniej.

Zarówno na szamponie, jak i na odżywce, producent zamieścił naklejkę informującą nas o tym, że produkty te wzbogacone są w: "system pielęgnacyjny aby poczuć, że włosy są do 10 lat młodsze pod względem miękkości. Test samooceny na  200 użytkownikach". Czy tylko mi w tym zdaniu coś konstrukcyjnie nie pasuje? Jednak nie to jest najważniejsze! Przecież mamy pamiętać, że włosy staną się do 10 lat młodsze (a my przez to chudsze - może nie o kilogramy, a o kilkanaście złotych z portfela).

Opakowanie jest charakterystyczne dla tych produktów. Odżywka jest z atomizerem, który podczas stosowania się nie zacina. Szampon w geometrycznej butelce. Obydwa opakowania są w kolorze fioletowym, gdybyście na szybko chcieli poszukać je na półce. 

Producent zachęca nas do skorzystania z właśnie tych produktów zapewniając nas, że włosy po odżywce będą się łatwo rozczesywały, zwiększą swoją objętość, zregenerują się od wewnątrz oraz zyskają większą sprężystość. Na obu tych produktach podano takie same zapewnienia. Zatem szampon ma wspierać odżywkę w działaniu, albo odżywka w szampon. Jak kto woli.

Producent dodatkowo zabezpieczył się podają informację, że włosy odmłodnieją nam o 10 lat tylko wtedy, gdy będziemy używać szamponu, odżywki i maski z serii Hyaluron + Hair Filler. Ja maski tej firmy nie posiadam, ale myślę że jakoś znacząco nie wpłynie to na ocenę tego zestawu.



Szampon

Szampon został stworzony, żeby myć włosy. Sięgając do historii zapewne wyparł mydło. W teraźniejszości oprócz funkcji podstawowej, ma działać cuda. I taka reguła tyczy się większości szamponów na rynku.

Schwarzkopf Gliss Kur Hyalouron+Hair Filler Shampoo posiada przepiękny zapach. Trudny do określenia, przypominający zapach męskich perfum. Ciężki, może nie każdemu przypaść do gustu. A to kwestia ważna, jeśli kierujecie się tym aspektem przy doborze szamponu. Zapach utrzymuje się na włosach do kolejnego mycia. I z czasem, ta cudowna woń, zaczyna być denerwująca.

W swojej strukturze szampon jest gęsty. W kolorze biały, zahaczający o perłową biel. Przepięknie się mieni. Jednak bardzo trudno rozprowadzić go i spienić na włosach. Co jest dziwne, bo bardzo wysoko w składzie posiada związek powodujący pienienie się szamponu. 

Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że po umyciu włosów, w miejscu gdzie zaczynało się nakładać owy produkt, są one wyjątkowo obciążone. Wyglądają nieładnie, ciężko się układają. Po kilku godzinach zaczynają przypominać włosy przetłuszczone. A chyba nie takiego efektu się spodziewaliśmy...

Analizując obietnice producenta od razu skreślam z tej listy objętość. Produkt ten powoduje bardziej opadniecie włosów i ich przylizanie. Nie ma mowy o objętości. Sprężystość i wzmocnienie również nie jest zauważalne. Jedyną dobrą, ale nie genialną, rzeczą ujętą w tym szamponie jest zapach.

Czy sięgnę po ten produkt ponownie? Nie, bo się nie sprawdza. Najwidoczniej połączenie kompleksu hialunionianiu i płynnej kreatyny to za dużo dla moich włosów.


Odżywka
Zapach i obietnice w przypadku tego produktu pokrywają się z tym co było zawarte na szamponie. Odżywka umieszczona jest w lekkiej, wygodnie leżącej w dłoni butelce z atomizerem. Kolorystycznie przypomina szampon. Płyn wygląda jak białe mleko wzbogacone czymś perlistym. Po zastosowaniu jej włosy łatwiej się rozczesują, jednak taki efekt można osiągnąć niemalże każdą odżywką. Włosy nie są "intensywnie zregenerowane". Nie szukałabym w tym produkcie drugiego dna. Patrząc na niego sprawiedliwym okiem, jest dobrą odżywką pomagająca w rozczesywaniu włosów. I tyle.

Czy kupię ponownie? Raczej nie, bo wolę odżywki w tradycyjnej formie. 

Zestaw miał sprawić, że nasze włosy odmłodnieją o 10 lat. Nie oszukujmy się fizycznie nie jest to możliwe, nawet gdybyśmy miały taki efekt utrzymywać tylko przez chwilę. Szampon nie spełnił moich oczekiwań. Liczyłam na coś więcej, ale tak jak już wspominałam, być może kreatyna i hialuronian to było już po prostu za dużo.
Recenzją tego produktu pisałam testując je na włosach wysokoporowatych, suchych, kręconych.

Jestem ciekawa Waszego zdania: lubicie Gliss kur? Może macie jakiegoś ulubieńca z tej firmy? *wybaczcie za jakość zdjęć, sztuczne światło zdecydowanie nie służy fotografii*
#3 Odkrycia roku

#3 Odkrycia roku


Koniec roku to dobry czas na podsumowania. I nie dotyczy to tylko podsumowań życia: tego co przeżyliśmy, o czym chcielibyśmy zapomnieć oraz w jakie miejsce się przenieść. To dobry czas na zastanowienie się co pozytywnie wpłynęło na nas samych.

A wpływa na nas wiele czynników. Ludzie, otoczenie, miejsca. Również kosmetyki. Bo przecież nakładamy je tonami na siebie i liczymy na jakiś cud. Dzisiaj chciałabym pokazać wam to, co wywołało u mnie efekt wow. Nie tylko w kwestii kosmetycznej, ale również markowo-jakościowej.


Catrice  HD Liquid Coverage odcień 010 Light Beige

Poszukiwania tego podkładu trwały wieczność. A to wszystko przez was! Oczywiście żartuję, ale to w dużej mierze wy swoimi opiniami na temat tego produktu sprawiłyście, że pragnęłam go mieć. Zdobyłam go na otwarciu drogerii Hebe - rozchodził się jak ciepłe bułeczki.

Ale co mogę o nim powiedzieć? 

Jest to jeden z lepszych podkładów jakie miałam. Krycie oceniam na naprawdę mocne. Bez problemu radzi sobie z przebarwieniami potrądzikowymi - zakrywa je już po pierwszej warstwie. Nie podkreśla porów. Podkreśla suche skórki, ale pokażcie mi podkład, który tego nie robi! Konsystencja jest dość rzadka. Spływa z dłoni, ale nie utrudnia to jego aplikacji. Myślę, że najlepiej nakładać go gąbeczką albo palcami. Efekt jaki wtedy uzyskujemy jest najbardziej zbliżony do cery idealnej.

Jak na podkład za tę cenę [w drogeriach Hebe: 27,99 zł] jest naprawdę genialny. Nie dziwię się, że tak ciężko znaleźć go zarówno stacjonarnie, jak i online.
Jedynym minusem jaki ja dostrzegam to mała gama kolorystyczna. Podkład posiada 4 odcienie. Dla mnie 010 jest idealne, ale wiem, że niektórzy narzekają, że nie ma odcienia pomiędzy 010 a 020.

Czy polecam ten podkład? Tak. Za krycie. Za trwałość - na mojej tłustej cerze, przypudrowany pudrem ryżowym utrzymuje się do sześciu godzin. Za aspekt finansowy. I za przepiękne, wyglądające trochę luksusowo i elegancko, opakowanie.


Resibo, płyn micelarny

Z produktami naturalnymi u mnie jest różnie. Na początku działają, pozostawiając po sobie genialny efekt. Później zaczynam je chwalić, aż je przechwalę.

Z marką Resibo spotkałam się, gdy pojawiła się bodajże w czerwcowym Chillboxie. Pierwsze co rzuca się w oczy to przepiękne, naturalne, opakowanie. Sama oprawa kosmetyku sprawia, że chcemy po nie sięgać. Dużym plusem jest forma atomizera. Pompka nie zacina się, aplikuje odpowiednią ilość produktu. Zapach według mnie jest typowo...apteczny. Mi to jednak nie przepada, bo lubię jak kosmetyk tak właśnie pachnie. 
Bardzo dobrze zmywa makijaż. Nie powoduje przesuszenia skóry. Nie podrażnia oczu [bo stosuję go również do demakijażu tej części twarzy]. 

Rzadko zdarza się, że wracam do jakiegoś produktu. Do tego wracam z przyjemnością. Jest to moja już druga butelka płynu micelarnego tej firmy. Oceniam go jako jeden z najlepszych, naturalnych, płynów micelarnych. Z półki typowo drogeryjnej niezastąpionym produktem jest micel od Garniera, szczególnie w wersji różowej.

Za 150 ml tego produktu musimy zapłacić 49,00 zł. Czy to jest dużo, czy mało? Nie wiem. Ale wiem, że moja skóra dostaje składniki z wiadomego pochodzenia, naturalne, dobre dla niej. 

Renee

Sklep odkryłam zupełnie przypadkiem. Przejrzałam ofertę, wiele rzeczy wpadło mi wtedy w oko. Jednak długo trwało zanim zdecydowałam się na kupno obuwia przez internet. Nie do końca wierzyłam opinią. Bo jak za tak niską cenę, obuwie może być wygodne?
Teraz z czystym sumieniem powiem wam,że może być. Buty jakie zamówiłam na tej stronie są najwygodniejszymi jakie miałam. Noszę je niemal dzień w dzień i nic złego się z nimi nie dzieje. 

Oferta tego sklepu jest naprawdę bardzo szeroka. Dla mnie ogromnym plusem jest to, że rozmiarówka zaczyna się od rozmiaru 35 [tak, tak, mam rozmiar stopy 35 - jeszcze jakieś pytania?].
Ceny są niewyobrażalnie niskie. Dodatkowo bardzo często można trafić na promocję. A jeśli kupicie coś za więcej niż 150 zł wysyłkę macie w gratisie. Kontakt ze sklepem jest bardzo dobry. Niedługo trzeba czekać na odpowiedź zwrotną. 

I te opakowania...buty przychodzą tak pięknie zapakowane. Możecie go później wykorzystać do czegokolwiek chcecie - ja przechowuję w nim zapasy kosmetyków :)


Lakiery Golden Rose, Rich Colour Maxi Brush

Zdecydowanie najlepsze na rynku. Paznokcie maluję rzadko, ze względu na swój profil studiów. Kiedy jednak wiem, że mogę mieć pomalowane paznokcie sięgam właśnie po te lakiery.
Przeogromnie duża gama kolorystyczna, więc ze spokojem każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli chodzi o trwałość u mnie wytrzymują do siedmiu dni. Uważam, że jest to dużo jak na zwykły lakier. Cena również jest atutem, jeśli spojrzymy na objętość. Bo otrzymujemy aż 10,5 ml produktu, co naprawdę ciężko jest wykończyć ; )



Gym Hero

Przez instagram zachłysnęłam się tą marką. Ich profil (jeśli nie znacie koniecznie zajrzyjcie na @gymhero_official ) to nie tylko miejsce, gdzie reklamowane są ich produkty. To również miejsce, gdzie znajdziecie mnóstwo motywacji do ćwiczeń, zdrowego odżywiania. 
Uwielbiam ten sklep i gdybym mogła chodziłabym w ich rzeczach codziennie. Niektórzy powiedzą, że ceny są wysokie. To prawda, ale to naprawdę wysokiej jakości odzież sportowa. Taka, która po pierwszym kontakcie z pralką nie nada się do wyrzucenia, tylko taka, która będzie służyła wam na lata.
Wysyłka jest darmowa. Kontakt ze sklepem bardzo dobry. Ja ze zniecierpliwieniem czekam na nową kolekcję ;)

W swoim zestawieniu chciałam wam pokazać rzeczy, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie i były odkryciem 2016 roku.  To własnie te rzeczy najbardziej zapadły mi w pamięć.

A wy, co odkryliście w 2016 roku? 

Jeśli chcecie, możecie zajrzeć na mojego instagram ( @panna_z ), gdzie często dzielę się z wami nowościami i tym co aktualnie mnie zachwyca. Dodatkowo wszystkie podstrony bloga działają już prawidłowo :)


Na Nowy Rok życzę Wam dalszej pasji w blogowaniu. Dużo pomyślności, a przede wszystkim zdrowia! ;)
Copyright © 2014 Lifestyle, beauty, fashion by Miritirllo , Blogger