Czy to się je?: Kulki kokosowe Rafaello

Czy to się je?: Kulki kokosowe Rafaello



Kilka razy podchodziłam do przygotowania potraw ogłaszanych w internecie jako hiper, super,mega zdrowe. W około 70% większość tych dań lądowała w koszu, bo była po prostu niedobra. Bez smaku, mdła. Dlatego w mojej głowie zrodził się pewna nuta zwątpienia: czy te jedzenie jest naprawdę takie dobre czy ktoś zbija ogromną kasę na tym, żeby wmówić reszcie, że tak jest i ma ci to smakować?

Postanowiłam to...przetestować i jednocześnie zapoczątkować na blogu serię wpisów: "Czy to się da jeść?". Będę chciała przetestować te najsłynniejsze przepisy na zdrowe śniadania, obiady, kolacja i podwieczorki. Jednocześnie dzieląc się z wami swoimi szczerymi opiniami na temat przygotowanych potraw.
Jednak zanim zacznę opisywać wam pierwsze danie, które przygotowałam chciałabym opowiedzieć co nieco o swojej kuchni i smakach, które lubię.

- Lubię rzeczy ostre, o wyraźnym smaku, zahaczające o klimaty indyjskie
- Lubię owoce i warzywa, które są twarde - nienawidzę jak soki z owoców płyną mi po rękach, nienawidzę papkowatej konsystencji przez co często sięgam po owoce/warzywa, które nie do końca są dojrzałe
- Nie lubię smaku i specyficznego zapachu owsianki
- Nie mam problemu z jedzeniem rzeczy uważanych przez społeczeństwo jako niedobre - tutaj mam głównie na myśli szpinak i wszelkiego innego rodzaju zielone warzywa
- Nie przepadam za ziemniakami.
- Lubię kasze, ryż
- Nienawidzę gorzkiej czekolady
- Jeśli chodzi o wodę, to sięgam tylko po gazowaną
- Mam słabość do lodów z McDonald's
- Rzadko piję kawę, za to herbatę pochłaniam w litrowych ilościach 


Mam dziwne wrażenie, że świat (internetowy) oszalał ostatnio na punkcie kulek. Różnie są one nazywane: niektórzy mówią o nich zdrowe kulki, inni kulki mocy. Określeń na nie jest naprawdę sporo. Jednak wszystkie opisują zdrowe przekąski na bazie kaszy jaglanej i różnych dodatków.
Postanowiłam przetestować według mnie najbardziej klasyczną ich wersję. Bez dziwnych udziwnień, z produktów, które większość z nas ma u siebie w domu. 
Kulki kokosowe (nazywane również kulkami Raffaello fit) to nic innego jak troszkę odchudzona wersja popularnych słodkości. 
Do ich przygotowania potrzebne jest:
- mleko kokosowe - przez swoje gapiostwo nie zauważyłam, że w oryginalnym przepisie było zaznaczone,że trzeba użyć tylko 250 ml. Ja zużyłam całą puszkę, czyli 400 ml
- kasza jaglana - ja miałam wersję w woreczkach, na 400 ml mleka kokosowego potrzebne będą 2 woreczki
- wiórki kokosowe - około 100-150 g
- miód - w zależności jakie słodkie chcecie otrzymać kulki, ja użyłam 2 łyżki
- migdały do włożenia w środek kulki


Kaszę jaglaną należy wypłukać w zimnej wodzie, żeby pozbyć się jej naturalnej goryczki. Należy ugotować ją w mleku kokosowym na wolnym ogniu tak, aby kasza wchłonęła całe mleko. Nie może pozostać ani trochę płynu, konsystencja kaszy musi być lepka, bo inaczej kulki się nie udadzą. Do ugotowanej kaszy dodać wedle upodobania wiórki kokosowe oraz miód. U mnie było to około szklanki, a kulki wyszły meega kokosowe. Masę trzeba zblendować. Polecam robić to partiami. Uformować kulki, do środka każdej dodać migdał. Obtoczyć w wiórkach kokosowych i wstawić do lodówki na około 12 godzin, aby masa stężała.
Z tego przepisu wychodzi około 20-30 bardzo sycących kulek kokosowych. Po zjedzeniu dwóch naprawdę miałam dość.

A co ze smakiem? Kasza w smaku nie jest kompletnie wyczuwalna, wiórki kokosowe "robią" całą robotę nadając odpowiedni smak. Myślę, że mleko kokosowe można z powodzeniem zastąpić wodą, gdyż nie zauważyłam jakiejś różnicy w smaku kaszy ugotowanej na wodzie i na mleku kokosowym. Kulki nie wyszły bardzo słodkie. Myślę, że dodanie 3-4 łyżek miodu spowodowałoby to, że były by idealne. Sporo osób nie wyczuło różnicy w smaku. 
Jak dla mnie to naprawdę fajna słodka przekąska, za niewielkie pieniądze. Całkowity koszt tych kuleczek to 11,97 zł (0,39 zł za kulkę!), więc myślę, że warto spróbować słodyczy w takiej opcji.

Jestem ciekawa co wy sądzicie o takim odżywianiu się, gdyż w internecie pojawia się wiele informacji, że jest to jedzenie drogie, ekskluzywne. Też macie takie zdanie? A może odżywiacie się w ten sposób i chcecie polecić mi jakiś przepis (który z chęcią przetestuję)?
Czy jesteś 'lagom'?

Czy jesteś 'lagom'?



Świat oszalał na punkcie Skandynawii: modnie jest mieć minimalistycznie urządzone mieszkanie, stosować się do przeróżnych filozofii wywodzących się z tego kręgu kulturowego. Przeróżne portale, szczególnie Instagram, "zalany" jest zdjęciami książki, kubka gorącej czekolady i zapalonej świeczki wprowadzając obserwującego w błogi spokój. Jednak jak grzyby po deszczu wykreował się nowy, skandynawski, trend...

Hygge 

Tak było w 2016 roku. I jak to z modą jest, szybko się skończyła - chociaż ta idea narodziła się w Danii ponad 200 lat temu!,. Duńskie "hygge" jest ideą kojarzącą się z przytulnym kominkiem, idealnie dobraną parą grubych skarpet oraz faktem iż od dawna wpisuje się w skandynawską kulturę. Za sprawą książki wydanej w minionym roku "hygge" rozprzestrzeniło się na całą Europę. Modnie było być "hygge", robić "hygge" rzeczy, "hyggować". Zjawisko to, bo tak zwykło się mówić o epidemii "hyggowania", rozprzestrzeniło się nawet poza granice Europy. Potwierdzeniem tego, jest fakt iż w samych Stanach wydano ponad dwadzieścia książek na ten temat. Czym jest "hygge"? W skrócie mówiąc to odpowiedź na pytanie: jak żyć, żeby osiągnąć szczęście i być szczęśliwym.

Lagom 

Lagom, z kolei, jest szwedzką koncepcją oznaczającą "nie za dużo, nie za mało". W dosłownym tłumaczeniu lagom oznacza "wystarczająco, wystarczy, dokładnie". W przeciwieństwie do swojego duńskiego brata, który ukierunkowany był na uchwycenie chwili. Lagom jest etosem umiarkowania, powściagności. Oznaczać to ma,że nie skupiamy się tylko na momencie życie, ale stylu życia, do którego powinniśmy dążyć żeby odnaleźć szczęście.

Lagom ma uczyć nas skromnego, nieprzesadzonego, życia. Życia w zgodzie z naturą, z sobą, oraz z cieszenia się z małych przyjemności. Na drugi plan odstawione są w tej filozofii życia sprawy materialne - powinniśmy być szczęśliwi małym kosztem.

Nie szukając daleko, znana wszystkim Ikea, wydała ostatnio program "Live Lagom project". Skupia się on na tym aby nauczyć społeczeństwo być bardziej 'eko'. Projekt dotyczy takich spraw jak oszczędzanie wody, recykling, prowadzenie zdrowego trybu życia.



Jak 'lagom' wygląda w praktyce? 

  • Zamiast kupowania kolejnej foliowej torby, zainwestuj w bawełnianą torbę eko - jest wielorazowa, wytrzymała, o małych wymiarach, często z interesującym wzorem bądź napisem.
  • Zainwestuj w rośliny, otaczaj się nimi.
  • Ćwicz jogę, medytuj, spaceruj.
  • Zdrowo się odżywiaj.
Moja opinia

Wszystko brzmi pięknie, prawda? Hipstersko? To na pewno, bo z pewnością ładniej wygląda jeśli w podpisie na Instagramie zamieścimy "lagom zakupy"  w przepięknym otoczeniu zieleni, rowerów i słońca, niż zdjęcie foliówek w autobusie i zupełnie zwykłe, codzienne, zakupy - czyż nie?
Według mnie jest to zjawisko niepotrzebne. Czy wszystko co robimy musi mieć jakąś szałową nazwę? Od lat różnego rodzaju firmy próbują uczyć swoich konsumentów bycia 'eko'. Dzieci w szkołach uczą się o prowadzeniu zdrowego stylu życia. Więc po co nazywać to jakimiś wymyślnymi nazwami?

Jestem bardzo ciekawa waszej opinii na temat "hygge" i "lagom". A może, któraś z was ściśle stosuje się do tych filozofii życiowych? Jeśli tak, to napiszcie jak wygląda to z waszej perspektywy :)

*zdjęcie tytułowe pochodzi ze strony http://kaboompics.com/ licencja CC
* pozostałe zdjęcia pochodzą ze strony https://pl.pinterest.com/


Bielenda, olejek różany

Bielenda, olejek różany

 Produkt znalazł się na mojej urodzinowej liście życzeń. Nieskromnie pochwalę się, że część marzeń z tego wpisu jest już na tyle realne, że stosuję je prawie codziennie. Olejek różany od Bielendy był czymś, co bardzo chciałam przetestować. Pomimo tego, że moja skóra nie należy do wrażliwych. Ale zapach róży -same rozumiecie. Obok tego nie można przejść obojętnie.
Wizualnie produkt prezentuje się bardzo elegancko. Zamknięty jest w plastikowej butelce, z wygodną pompką. Róże na opakowaniu jednoznacznie sugerują zapach kosmetyku. Aplikator nie zacina się, jest naprawdę wygodny w użytkowaniu.


Producent obiecuje nam:
"Preparat w formie lekkiego hydrofilnego olejku przeznaczonego do oczyszczania i mycia delikatnej i wrażliwej skóry twarzy. Zawiera niezwykle efektywne połączenie łagodnych substancji myjących, szlachetnego olejku z owoców róży, nawilżającego kwasu hialuronowego oraz antyoksydacyjnego kompleksu witamin C+ E o działaniu przeciwstarzeniowym i chroniącym przed negatywnym skutkiem zanieczyszczeń środowiskowych. Wyjątkowa lekka olejowa formuła zamieniająca się pod wpływem wody w delikatną piankę, skutecznie rozpuszcza wszelkie zanieczyszczenia podatne na działanie tłuszczu i wody: zmywa makijaż, upłynnia sebum, oczyszcza skórę z zanieczyszczeń i odświeża ją. Olejek daje efekt satynowej miękkości, wygładzenia, nie obciąża skóry, nie ściąga naskórka, nie wysusza go i nie narusza jego naturalnej bariery ochronnej, dba o skórę i pielęgnuje ją. Produkt nie zawiera SLS i SLES. Testowany dermatologicznie. Ewentualny osad jest wynikiem użycia naturalnych składników."


Produkt zawiera w sobie trzy substancje komodogenne: Parafina ( na pierwszym miejscu w składzie), Caprylic (olej estrowy), Ethylhexyl Stearate.
Okeej, tego nie zauważyłam przed kupnem owego produktu. Bardziej działałam impulsywnie, że muszę go mieć i koniec. Osobiście, na mnie, parafina nie działa aż tak mocno zapychająco. Całe szczęście! Niestety jeśli któraś z Was ma problem z tym składnikiem radziłabym się mocno zastanowić przed zakupem tego olejku. Raczej nie możecie go używać kilka razy w miesiącu, bo przydatność tego produktu do użycia od momentu otwarcia wynosi 2 miesiące! Kontynuując wątek tematu, na drugim miejscu w składzie znajduje się olej estrowy. Zatem obrazowo mówiąc olejek różany to imitacja olejku różanego. W dużej ilości parafiny, oleju estrowego, emolientów zawieszony jest zapach róży. Niestety jeśli chodzi o zapach według mnie jest on parafinowo (olejowo)-różany. Chyba nie wyjaśniłam wam czym jest olej estrowy, na obecność którego tak mocno się oburzyłam. Olej estrowy jest to substancja, która w kosmetykach podszywa się pod olej. Sprawia, że produkt ma po prostu olejkową konsystencję kompletnie bezwartościową dla skóry. Ba, nawet może pogorszyć jej stan poprzez pojawienie się zaskórników.
Obecność olejku w olejku można policzyć na palcach jednej ręki, gdyż jest to olejek sojowy oraz olejek różany. Obydwa te olejki posiadają właściwości przeciwzapalne.

Wydajność według mnie jest kiepska. Bo przy codziennym stosowaniu starczył mi na 2 tygodnie. Używałam go tylko wieczorem, maksymalnie dwie pompki. Fajne było to, że olejek pod wpływem wody zamieniał się w piankę.
U mnie nie pojawiło się zapchanie skory. Moja mieszano-tłusta cera bardzo lubi zmywanie olejami. Osobiście nie mam obiekcji co do stosowania parafiny. Moim zdaniem niestety, ale kosmetyk nie jest godny polecenia. Nie pachnie różą, jest imitacją olejku, nie domywa makijażu. Jedyne co mi się podoba w nim to opakowanie. 
Bardzo żałuję,że sięgnęłam po ten olejek. Niestety moje marzenie o idealnie pachnącym różami produkcie do mycia twarzy legło w gruzach. Za cenę 20 zł można kupić naprawdę wiele lepszych jakościowo kosmetyków (chociażby Sylveco). Bielendę uwielbiam, ale niestety ten produkt, to jakieś nieporozumienie.

Jestem ciekawa jakie jest wasze zdanie na temat tego produktu!

Pielęgnacja i stylizacja włosów

Pielęgnacja i stylizacja włosów

Moje zainteresowanie kosmetykami i dziedziną beauty zaczęło się do włosomaniactwa. Bardzo dużo czasu poświęcałam włosom i analizowałam każdy produkt, jaki na nie nakładałam. Efekty? Żadne. Bo moja pielęgnacja w tym najbardziej szaleńczym okresie, w ogóle nie miała jakiegokolwiek sensu. Wszystko było takie chaotyczne. Nieprzemyślane. Nijakie. Pomimo tego, że łazienka pękała w kosmetykach do włosów w ich stanie nic się nie poprawiało. Ba, ośmieliłabym się powiedzieć, że było z nimi coraz gorzej.
Dzisiaj chcę przedstawić wam produkty, które obecnie stosuję w swojej pielęgnacji. Z grupy tej wykluczyłam na potrzeby tego postu, szampony.  Dlaczego? Mam ich tyle, że określenie ich chociażby w jednym zdaniu sprawiłoby, że ten post byłby dla was zanudzający. Dlatego też, w niedługim czasie, pojawi się post dotyczący oczyszczania włosów.
Z włosomaniactwa pozostało mi kilka nawyków: mycie włosów metodą kubeczkową, nakładanie masek jako odżywki i olejowanie.

Olejowanie staram się wykonać raz w tygodniu. Szczerze mówiąc już dawno tego nie robiłam. Ale idzie wiosna - słońce motywuje nas do działania, organizm staje się żywszy to i pielęgnacja wróci na właściwe tory.
Zazwyczaj na włosy nakładam olej kokosowy. Staram się, żeby nie był to sam kokos, gdyż w takiej postaci moje włosy go nie tolerują. Bardzo dobrze spisuje się u mnie mieszanka Vatika. Jest to połączenie oleju kokosowego z henną, amlą, cytryną i sześcioma innymi ziołami. Pachnie bardzo przyjemnie - cytrusowo. Zapach nie utrzymuje się na włosach. Plusem tego oleju jest to, że nie pozostawia dziwnych olejowych plam na włosach.
Olejek Sesa stosuję od święta. Zazwyczaj przed jakimiś większymi wyjściami.Legenda głosi, że receptura ego olejku pochodzi ze staroajurwedyjskich pism. W skład tego olejku wchodzi osiemnaście bogatych w składniki odżywcze ziół, pięć olejków i mleko. Olejek ten powstrzymuje wypadanie włosów, sprawia że włosy są przeraźliwie (!) lśniące. Po zastosowaniu tego produktu na głowie macie przepiękną taflę lustra, a nie szare i matowe włosy. Minusem tego olejku jest cena, dlatego nie stosuję go regularnie. Ale z pewnością jest to sekret Hindusek na ich przepiękne włosy.
Nowością w mojej włosowej kosmetyczce jest produkt Avon - serum na przesuszone końcówki "Superblask" z technologią inspirowaną siłą diamentów. Produkt jest wydajny. Niestety pachnie bardzo alkoholowo. Niestety na butelce nie ma składu, znajdował się zapewne na pudełku, które wyrzuciłam. Podjerzewam jednak, że alkohol jest już na pierwszym miejscu. Jak na razie nie wpłynęło to jakoś przesuszająco na stan końców. Nie używam go jednak dzień w dzień. Efekty? Końcówki są wygładzone. I tyle.
W walce o nierozdwojone końcówki sięgam po jeszcze dwa preparaty. Krem do rąk i wspominamy kilka postów wcześniej olejek scalający włosy.
Nakładanie kremu do rąk na końce włosów jest metodą tak starą, że zapewne każda babcia wam o tym powie. Ja wybieram krem, który akurat mam pod ręką. Zazwyczaj trochę więcej kremu nakładam na dłonie i resztę, która się nie wchłonęła wcieram we włosy. Powoli wchodzi mi to w nawyk, więc jeśli spotkacie kiedyś dziewczynę, która kremuje dłonie a za chwile miętoli swoje włosy - to ja!
O olejku scalającym włosy wspominałam wam podczas recenzowania całej serii Gliss Kur Fiber Therapy.
Udało mi się, po kilku miesiącach miesiącach, wykończyć maskę z Kallosa. Wersja bananowa sprawdza się u mnie najlepiej. Chociaż muszę przyznać, że kiedy mam maski z Kallosa posiadam w użyciu jeszcze jedną maskę. Bo po pewnym czasie zapach banana staje się tak przytłaczający, że eliminuję go nawet z posiłków. Jednak nie odbiera to tej masce skuteczności w działaniu.
Jestem fanką "Ostrego cięcia". I jak tylko zobaczyłam w Rossmannie serię WS Academy musiałam jakiś produkt mieć. Padło  na maskę, bo jak już wcześniej wspominałam szamponów mam tyle, że mogłabym obdarować nimi całe miasto.
Wybrałam wersję Paczula Wonna. Maska pachnie przepięknie - trochę owocowo, trochę tajemniczo. Ciężko mi określić jej zapach. Ale jest piękny. Jest to odżywka odżywczo-regenerująca z papają, mango, marakują i kreatyną. Po jej zastosowaniu włosy są miękki, lśniące, lejące. Bez problemu się rozczesują. A jeśli jesteście posiadaczkami włosów kręconych czy falowanych, to wierzcie mi, włosy będą się wam tak układać...jakbyśćie dopiero co użyły na nich lokówkę. Myślę, że jak na produkt profesjonalny cena 29 złotych nie jest ceną zabójczą.
W okresie kiedy byłam włosomaniaczką jak ognia unikałam tych urządzeń. A właściwie urządzenia, tylko dwóch różnych producentów.
Wiecie jak to jest - jak ma się włosy proste to chce się kręcone, jak kręcone to chce się proste. Ja należę do osób, które mają włosy falowane w kierunku do kręconych (zależy od dnia i ich nastoju). Często sięgam po prostownice. Zazwyczaj w weekendy, kiedy nigdzie nie wychodzę i mam czas na eksperymentowanie z włosami: z ich ułożeniem, pielęgnowaniem.
W swoim dorobku mam dwie prostownice. Pierwsza firmy Sencor, już chyba niedostępna w Saturnie, za zabójczą cenę 29 zł. Szczerze mówiąc prostuje ona bardzo dobrze. Wyposażona jest w długi kabel, posiada wkładki do karbowania. Ja ją lubię.
Duga - BaByliss jest mniejsza i droższa. Posiada włącznik/wyłącznik. Wyposażona również w długi kabel. Przez to, że jest mniejsza łatwiej ją operować. Nagrzewa się zdecydowanie szybciej niż Sencor i gdy się śpieszę sięgam właśnie po nią.

PS. W tygodniu powstała blogowa strona na Facebooku - serdecznie zapraszam was do polubienia, gdyż stamtąd najszybciej dowiecie się o nowym poście.
Jestem ciekawa jak wy podchodzicie do tematu pielęgnacji włosów - należycie do grona włosomaniaczek czy staracie się kierować swoją pielęgnacją (i stylizacją) z głową?

Selfie Project #NoBlackHeads

Selfie Project #NoBlackHeads


Chyba każda posiadaczka cery tłustej ze skłonnością do pojawiania się zaskórników marzy o tym, żeby ograniczyć widoczność czarnych główek pojawiających się na powierzchni cery. Z pomocą przychodzą nam różnego rodzaju produkty. Czasami są one mniej lub bardziej wymyślne w swojej formie. Ale skoro mają działać, to przez 15-20 minut można wyglądać jak ALF (pamięta go ktoś jeszcze?).

Firma Selfie Project proponuje nam sporo produktów, które rzekomo mają pomóc cerze z niedoskonałościami. Jedną z nowości są ultra oczyszczające plastry na nos #NoBlackHeads.
Plastry mają odblokować pory, głęboko je oczyścić oraz zapobiec powstawaniu nowych zaskórników. Zawierają wyciąg z zielonej herbaty oraz witch hazel (wyciąg z oczaru wirginijskiego).
Zielona herbata znana jest z właściwości oczyszczających i detoksykujących. Z kolei oczar wirginijski działa przeciwbakteryjnie, przeciwzapalnie oraz wyłapuje wolne rodniki.

Według obietnic producenta plastry po 15 minutach mają oczyścić nam nos z zaskórników otwartych. W instrukcji załączonej na każdym opakowaniu plastra opisane jest, że wystarczy umyć twarz, osuszyć i nakleić plaster.
Ale czy oczyszczanie zamkniętych porów ma sens? Według mnie nie. Dlatego ja przed nałożeniem plastrów zastosowałam parówkę ziołową, w celu otworzenia porów. Dopiero na tak przygotowaną twarz nałożyłam produkt i trzymałam go około 20 minut.

Plaster nie przykleił się prawie w ogóle dlatego też (zgodnie z zaleceniami producenta) zwilżyłam go delikatnie wodą. Po takim działaniu przykleił się bez problemu. Nie zsuwał się z nosa oraz nie odklejał podczas mówienia.
Jeśli chodzi o zapach - według mnie to zapach czystego kleju. Czytałam jednak wiele opinii różnych dziewczyn, które pisały o przyjemnej woni tego produktu. Oczywiście wiadomo, że są gusta i guściki. W mojej opinii to zapach czystego kleju.

Zdejmowanie plasterka w ogóle nie boli. Jednak smar, którym oblepiony był plaster przykleił się do skóry tylko z jednej strony pomimo, że produkt był właściwie zaaplikowany. Wyglądało to mniej więcej tak jakby tylko jedno skrzydełko nosa zostało oczyszczone.
Po 20 minutach i, według mnie, solidnym przygotowaniu skóry do oczyszczania na plasterku nie pojawił się ani jeden zaskórnik.

Stosowałyście te plastry? Jakie są Wasze opinie na ich temat?


PS. Ruszyły zapisy na MEET BEAUTY 2017, któraś z Was się wybiera? Ja się zgłosiłam, ale konkurencja będzie z pewnością ogromna! Jednak, kto nie ryzykuje ten nie pije szampana, czyż nie? 

Gliss Kur, Fiber Therapy

Gliss Kur, Fiber Therapy

O ile śledzicie mojego bloga na bieżąco na pewno pamiętacie post, w którym żaliłam się na produkty do włosów firmy Gliss Kur (jeśli nie odsyłam Was do tego postu). Wspominałam tam mniej więcej o tym, że ich szampony zawsze przeciążają moje włosy, powodując przyklapnięcie oraz efekt nieumytych włosów.

W tym samym tygodniu okazało się, że zostałam jedną z dwustu testerek wizaż produktu Gliss Kur Fiber Therpay. Nawet nie pamiętam kiedy zgłaszałam się do tej akcji i szczerze mówiąc nie ucieszyłam się. Mając w głowie przykre doświadczenia związane z tą firmą długo zbierałam się żeby sięgnąć po te produkty. Aż w końcu nastał taki dzień, kiedy skończył się mój jeden z ulubionych szamponów i pod ręką znajdował się tylko on - Gliss Kur. Moja mina w momencie nakładania tego produktu z pewnością była śmieszna. Jednak nie o tym dzisiaj chciałam mówić.


Do testów otrzymałam cały zestaw, w którego skład wchodzą: szampon, odżywka, ekspresowa odżywka i spajający sprey do włosów. Najmniej obawiałam się ekspresowej, gdyż wszystkie działają  bardzo podobnie i nie wyrządzają one krzywdy włosom. Najbardziej,oczywiście, szamponu.


Szampon przeznaczony jest do włosów przeciążonych koloryzacją lub zabiegami stylizacyjnymi. Osobiście nazwałabym to serią dla włosów zniszczonych, ale jak powszechnie wiadomo im bardziej skomplikowanie coś nazwane tym większa szansa, że liczba osób, która sięgnie po ten produkt wzrasta.
Szampon znajduje się w charakterystycznej dla serii Gliss Kur butelce, która idealnie leży w dłoni. Produkt ma pojemność 400 ml. Aż albo tylko...zależy jak kto podchodzi do tego produktu. Konsystencja również jest typowa - gęsta, połyskująca, perłowa. Zapach z kolei silny, długo utrzymujący się na włosach. Jak dla mnie jest to zapach męskich perfum.
Jeśli chodzi o działanie to nie powiem - jestem w szoku. Szampon świetnie domywa włosy. Sprawia, że są one miękkie i sprężyste. Po dłuższym zastosowaniu włosy zyskują blask. Fajnie się układają, są niemalże leiste. Także, szok ogromy.
Jedyne co przeszkadza mi w tym produkcie to ten nieszczęsny zapach. Wiem, że w internecie można znaleźć wiele opinii, że jest on piękny i cudowny, ale mi nie pasuje. Niestety.

Skład: Aqua · Sodium Laureth Sulfate · Cocamidopropyl Betaine · PEG-7 Glyceryl Cocoate · Sodium Chloride · Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride · Magnesium Chloride · Magnesium Citrate ·Amodimethicone/Morpholinomethyl SilsesquioxaneCopolymer · Hydrolyzed Keratin · Panthenol · Cocodimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Keratin · Simmondsia Chinensis Seed Oil · DisodiumCocoamphodiacetate · Glycol Distearate · Citric Acid ·Sodium Benzoate · Dimethicone · Cocamide MEA ·Parfum · Laureth-4 · PEG-40 Hydrogenated CastorOil · Hydrogenated Castor Oil · PEG-120 Methyl GlucoseDioleate · Laureth-23 · Glycerin · Propylene Glycol · Limonene · Linalool · Trideceth-5 ·Sodium Sulfate
 

Odżywka, tak samo jak szampon, dedykowana jest włosom przeciążonym koloryzacjami i zabiegami stylizacyjnymi (suchym ;) ). Zapach jest taki sam. Odżywka gęsta. Nie spływa z włosów. Dzięki niej włosy rozczesuje się zdecydowanie łatwiej. W połączeniu z szamponem sprawia, że włosy są błyszczące. Włosy są wygładzone, jednak to za sprawą substancji "filmotwórczych", które powodują chwilowe wygładzenie włosa. Odżywka nie obciąża włosów.

Skład: Aqua · Cetearyl Alcohol · Behentrimonium Chloride · Dimethicone · Polyquaternium-37 · Magnesium Chloride ·Magnesium Citrate · Amodimethicone/Morpholinomethyl Silsesquioxane Copolymer · Hydrolyzed Keratin · Panthenol · Cocodimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Keratin · Prunus Armeniaca Kernel Oil · Isopropyl Myristate · Citric Acid · Phenoxyethanol · Stearamidopropyl Dimethylamine · Isopropyl Alcohol · Glyceryl Stearate · Parfum ·Sodium Methylparaben · Glycerin · DicaprylylCarbonate · Laureth-4 · Laureth-23 · Sodium Hydroxide · Limonene · Lauryl Glucoside ·Trideceth-5 · Salicylic Acid

 
Ekspresowa odżywka do włosów przeciążonych koloryzacją i zabiegami stylizacyjnymi działa, tak jak już wspominałam, podobnie jak produkty z całej serii ekspresowych odżywek. Pozwala na łatwe rozczesanie włosów i tyle. Nie zauważyłam żeby stosowana oddzielnie w jakiś fantastyczny  sposób wpłynęła na kondycję włosów.

Skład: Aqua, Cyclomethicone, Phenyl Trimethicone, Hydrolyzed Keratin, Panthenol, Cocodimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Keratin, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Dimethiconol, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Polyquaternium-16, Lactic Acid, Cetrimonium Chloride, Parfum, Sodium Benzoate, Limonene, Linalool, Geraniol, Citronellol, CI 60730, CI 17200.
 
Spajający sprey do włosów to regeneracja w olejku.Jest to preparat dwufazowy, który należy wstrząsnąć przed użyciem. Nie skleja poszczególnych pasm włosów oraz ich nie obciąża. Dodatkowo trzyma w ryzach włosy skłonne do puszenia się. Wydaje mi się, że delikatnie nawilża. Włosy po zastosowaniu są miękkie i gładkie.

Skład: Aqua, Cyclomethicone, Phenyl Trimethicone, Magnesium Chloride, Magnesium Citrate, Amodimethicone/Morpholinomethyl Silsesquioxane Copolymer, Hydrolyzed Keratin, Panthenol, Cocodimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Keratin, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Dimethiconol, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Polyquaternium-16, Lactic Acid, Parfum, Cetrimonium Chloride, Sodium Benzoate, Hexyl Salicylate, Trideceth-5, Limonene, Linalool, Geraniol, Citronellol, Benzyl Alcohol, Alpha-Isomethyl Ionone, CI 19140, CI 16035, CI 15985

Seria wzbogacona jest w kreatynowy kompleks, który okazuje się być hydrolizatem kreatyny. Dlaczego o tym wspominam? Hydrolizaty kreatyny powoduje nawilżenie, odpowiednie utrzymanie nawilżenia we włosie, a przede wszystkim wnika w jego głąb i trwale wypełnia ubytki w kreatynowej strukturze włosa. Jednak nie radziłabym stosowania ciągle preparatów z hydrolizatem kreatyny. W nadmiarze może on zaszkodzić włosom, powodując ich jeszcze większe przesuszenie. Zamiast pięknie lśniących włosów, możemy otrzymać w ten sposób pięknie puszące się sianko :)

Osobiści jestem bardzo zadowolona z całej serii kosmetyków Gliss Kur. Chyba po raz pierwszy. Włosy są miękkie, wygładzone. Przede wszystkim po zastosowaniu tych produktów nie występuje efekt przetłuszczonych włosów. Przeszkadza mi nachalny zapach, jednak całościowo oceniam tę serię na bardzo udaną.


Spotykałyście się już z tą serią? Jak ją oceniacie? Który z produktów jest waszym ulubieńcem?


KOBO Professional - Face Contour Stick

KOBO Professional - Face Contour Stick


Niemal każda drogeryjna firma ma w swojej ofercie produkty do konturowania twarzy. Dostęp do tego typu produktów jest tak przeogromny, że wszystkie możemy mieć pięknie wykonturowaną, rozświetloną i wyszczuploną (bez ćwiczeń ; )) twarz. Wiadomo, że są produkty lepsze i gorze: mniej trwałe, trudne w nakładaniu, w nieodpowiadającej nam konsystencji. Firma KOBO zatroszczyła się o to, żeby usprawnić nasz makijaż. Do konkurowania nie potrzebujemy w tym przypadku tabunu pędzli i gąbeczek - wystarczy nam produkt w wygodnym sztyfcie i coś, czym rozetrzemy produkt na twarzy.


Kredki KOBO stworzone są do konturowania na mokro. Efekt jaki otrzymujemy dzięki takiemu działaniu to przede wszystkim mocniejszy, ale bardziej naturalny efekt światłocienia na twarzy. Poza tym konturowanie na mokro, w momencie kiedy uzyskamy za mocny efekt, możemy produkt przypudrować (a dokładnie skorzystać z opcji 'baking'), a nie zmywać cały makijaż  - co często dzieje się w przypadku użycia produktów w pudrze.

Kredki KOBO charakteryzują się tym, że są kremowe i miękkie. Co wyraźnie ułatwia aplikację tych produktów na twarzy. Kredka jest wykręcana, przez co nie musimy martwić się tym, że nie mamy odpowiedniej temperówki do takiego produktu.

Kredki dostępne są w trzech kolorach:


1. Face Contour Stick 1 Highlighting 
Kredka przeznaczona do rozjaśniania, rozświetlania wybranych elementów twarzy. Kolor wyraźnie wpada w żółte odcienie, więc będzie odpowiedni dla osób bledszych. Bardzo łatwo rozciera się tę kredkę. Daje delikatny, nieprzerysowany efekt.


2.  Face Contour Stick 2 Shading
Jest to delikatny, jasny, chłodny brąz. Efekt, który pozostawia na twarzy jest na tyle nienachalny, że będzie idealny dla kogoś, kto chce tylko podkreślić rysy twarzy. Nada się dla osób z jasna karnacją.

3. Face Contour Stick 3 Sculpting
Kredka przeznaczona jest do modelowania owalu twarzy i jej optycznego wyszczuplenia. Jest to ciemny, chłodny brąz. Modelowanie w tym przypadku jest bardzo widoczne. Produkt łatwo rozciera się na twarzy, nie tworzy plam. Kredka nie jest tak kremowa jak pozostałe - jest tępa, ale nie zaburza to w żaden sposób możliwości roztarcia produktu na twarzy.

Każda z kredek posiada genialną pigmentację. Można je, jak już wspominałam wcześniej, dokładniej rozblendować. Nie tworzą smug ani plam. W przypadku podkładu Catrice Liquid HD Coverage współgra z nim niemalże idealnie. Niestety trochę gorzej radzi sobie, jeśli chodzi o produkty mineralne.
Myślę, że kredki zdecydowanie mocniej pokochają osoby z jasną karnacją. Produkt utrzymuje się na twarzy cały dzień, nie trzeba go dokładać. W przypadku cer tłustych i mieszanych problemem może być skład produktu i olejek rycynowy znajdujący się w produkcie.

Cena jednej kredki to 19,90. Często sprzedawane są w boxach i cena wtedy jest dużo, dużo niższa. Ja za zestaw trzech kredek zapłaciłam około 30 złotych. Dostępne są w Internecie oraz w drogerii Natura.

Skład: Ricinus Communis Seed Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Copernicia Cerifera Cera, Candelilla Cera, Caprylic/Capric Triglyceride, Cera Alba, C10-18 Triglycerides, Hydrogenated Coco-Glycerides, Isocetyl Stearoyl Stearate, Mica, Isopropyl Myristate, Paraffinum Liquidum, Talc, Tocopheryl Acetate, Propylparaben, BHT, [+/- CI 77499, CI 77492, CI 77491, CI 15850, CI 77891]

Jestem ciekawa w jaki sposób w konturujecie twarz: jakich produktów używacie, wybieracie metodę "na mokro" czy "na sucho"? A może w ogóle nie konturujecie?

Copyright © 2014 Lifestyle, beauty, food by Miritirllo , Blogger