Pachy do góry, czyli słów kilka o antyperspirantach

Pachy do góry, czyli słów kilka o antyperspirantach


Odwiecznym sporem kobiet są kosmetyki. A dokładnie ich marki. Niektóre wychodzą z założenia, że im bardziej luksusowe tym lepiej, inne otaczają się tylko kosmetykami naturalnymi, a zupełnie przypadkowe - przypadkowo - wkładają do koszyka jakiś produkt. Świadome, bo tak pozwoliłam nazwać sobie blogerki oraz pasjonatki tej dziedziny życia, podchodzą do wszystkiego z rozwagą oraz z telefonem z dostępem do internetu by móc szybko sprawdzić opinię.

Jednak co pojawia się, gdy w wyszukiwarkę wpisujemy "antyperspirant opinie". A no w wujku Google włącza się opcja diagnozowania i dzięki czemu czytamy:

"Aluminium (glin) jest powszechnie stosowanym składnikiem kosmetyków przeciwpotowych. Stosowanie soli tego pierwiastka w antyperspirantach [...] zwiększa prawdopodobieństwo zachorowania na chorobę Alzheimera i raka piersi."


Nie nasuwa wam się pytanie: "dlaczego?" W tym samym artykule dostajemy na nie odpowiedź. Otóż:

"Badania wykazały, że skutki działania aluminium obejmują uszkodzenia DNA zaburzające prawidłowy szlak sygnałowy procesu wzrostu.  Przy zastosowaniu metody kometowej wykazano również, że aluminium znajdujące się antyperspirantach może wywoływać uszkodzenia DNA na poziomie pojedynczej komórki. Glin może przyczyniać się do powstania stresu oksydacyjnego poprzez zakłócanie prawidłowego funkcjonowania czynników transkrypcyjnych. Może także wywierać negatywny wpływ na prawidłowe działanie receptora estrogenowego poprzez „naśladowanie estrogenu”. To „naśladownictwo” bezpośrednio przyczynia się do wzrostu częstotliwości zachorowań na raka piersi, a liczba doniesień na ten temat z roku na rok niepokojąco wzrasta. Co gorsze, złośliwe nowotwory piersi, wbrew powszechnej opinii dotyczą już coraz młodszych kobiet."
"Inną niż poprzez skórę drogą, przedostaje się do  organizmu aluminium, podejrzewane o przyczynianie się do neurodegeneracji. Pamiętajmy o tym, że oprócz sztyftów czy popularnych kulek, na sklepowych półkach spotkamy wielką gamę antyperspirantów w aerozolu. Wdychane przez nas cząsteczki związków aluminium mogą mieć istotny wpływ na rozwój chorób centralnego układu nerwowego. Badania potwierdziły, że wdychanie aerozoli, w których składzie znajdziemy sole aluminium, zwiększa masę ciała, ale o wiele bardziej niepokojący jest fakt, że zwiększeniu ulega także masa mózgu. To właśnie dlatego naukowcy dopatrują się związku między popularnie dodawanym do codziennych produktów pielęgnacyjnych aluminium, a chorobą Alzheimera."
źródło: biotechnologia.pl
Moja opinia? Nie ma badań naukowych, które potwierdzają związek między stosowaniem antyperspirantów a wystąpieniem raka piersi czy choroby Alzheimera. Jednak nadużywanie (czyli stosowanie kilka razy dziennie) tego typu kosmetyków, według mnie, może zapoczątkować proces autoimmunologiczny prowadząc do powstania choroby Alzheimera oraz proces nowotworowy prowadzący do rozwinięcia się raka piersi.

Wszystkie antyperspiranty zostały przetestowane w takich samych warunkach tj. przy normalnej aktywności fizycznej, wczesną wiosną, bez uprawiania sportu.

Nivea Invisible Black&White

Nuta głowy: bergamotka, brzoskwinia, zioła
Nuta serca: biała herbata, mimoza, róża
Nuta bazy: drzewo sandałowe, bursztyn, piżmo
  • Całościowo zapach jest bardzo przyjemny, świeży. 
  • Nie podrażnia nawet po goleniu. 
  • Potrzebuje dłuższą chwilę na wyschnięcie.
  • Producent zapewnia, że produkt ma chronić nas przed poceniem aż 48 godzin.Jeśli chodzi o ochronę przed potem to produkt powoduje zniwelowanie nieprzyjemnego zapachu, plamy i uczucie spocenia, niestety, jest cały czas odczuwalne.
  • Produkt zamknięty jest w wygodnym opakowaniu z blokadą. 
  • Zdecydowanie chroni przed żółtymi plamami na białych ubraniach i białymi na czarnych czy kolorowych.  
  • Jest to produkt wydajny. 
  • Nie rozpyla się jako mocna mgiełka, wręcz przeciwnie rozprowadza się umiarkowanie w szerokim obszarze.

Rexona Tropical


Nuty głowy: jaśmin i orchidea, 
Nuty serca: biała czekolada, krem waniliowy, wata cukrowa i migdały. Nuta bazy: soczysty arbuz, białe piżmo i piżmo drzewne.

  • Zapach jest przyjemny, tropikalny- owocowy, kojarzący się z wakacjami.
  • Nie pozostawia plam zarówno na białych i czarnych ubraniach
  • Szybko się wchłania.
  • Bardzo dobra wydajność - przy naprawdę częstym stosowaniu ze względu na zapach, wystarcza na około 1,5-2 miesiące.
  • Nie podrażnia po goleniu
  • Chroni zarówno przed zapachem potu oraz przed mokrymi plamami.


Nivea Stress Protect
  • Zapach z tych, które od razu kojarzą się z firmą Nivea
  • Pyli na biało
  • Pozostawia ślady na czarnych ubraniach.
  • Chroni średnio - na pewno nie jest to odpowiednia ochrona przed "stresem".
  • Nie podrażnia skóry pod pachami.
  • Jest wydajny.
  • Produkt zamknięty jest w wygodnym opakowaniu z blokadą.
Podsumowując, najbardziej odpowiada mi Rexona. Ze względu na skuteczność, zapach i wydajność. Następnie sięgnęłabym po Nivea Invisible Black&White. A gdy nie miałabym wyboru to w ostateczności (ostateczności, bo znam lepsze produkty za tę cenę) sięgnęłabym po Nivea Stress Protect.



Skuteczność antyperspirantu to nie tylko jego skład. Ważna jest przede wszystkim aplikacja. Jednak czy robisz to prawidłowo?
1. Prysznic, najlepiej wieczorem
2. Spłukanie pach chłodną wodą
3. Dokładne wytarcie pach ręcznikiem, tak aby nie były wilgotne
4. Odczekanie 15 minut 
5. Nałożenie antyperspirantu
6. Wysuszenie pach - czy to naturalne czy wspomagane np. chłodnym nawiewem suszarki

Wtedy produkt może zadziałać w 100%. Nie osadzi się na bluzce w postaci mokrej plamy, która powstaje po zaaplikowaniu produktu i natychmiastowym nałożeniu bluzki.

Jestem ciekawa jakiego produktu Wy używacie w walce z poceniem! Sięgacie po znane marki czy może po kosmetyki naturalne? A może robicie antyperspirant same?





Czy to się je?: pudding chia z truskawkami

Czy to się je?: pudding chia z truskawkami


Nasiona chia nie są zwykłymi nasionami - nie są ani trochę podobne do nasion słonecznika, dyni. Choć formalnie uchodzą za nasiona mają zupełnie inne zastosowanie.
  • wymieszane z jakimkolwiek płynem dziesięciokrotnie zwiększają swoją objętość
  •  tworzą kleistą, żelową miksturę
  • genialnie spajają przyrządzane potrawy przez co mogą zastąpić jajka w wypiekach
  • genialnie zagęszczają potrawy, stąd taka ich sława w kwestii puddingów
  • są bogate w błonnik przez co zapewniają sytość i energię na kilka godzin
  • zawierają kwasy omega-3 (mają działanie przeciwzapalne, a w kwestiach urodowych zapewniają skórze blask)
  • doskonałe źródło wapnia
Pudding chia



Do jego przygotowania potrzebne nam będą:

- owoce - w moim przypadku były to truskawki
- nasiona chia - dostępne już chyba w każdym większym supermarkecie, paczka nasionek kosztuje około 10 zł i wystarcza naprawdę na długo
- jogurt/mleko krowie/mleko roślinne/woda

Przygotowanie:

Do połowy dużego jogurtu dodałam 3 duże łyżki nasion chia. Następnie odstawiłam je na 30 minut do napęcznienia. W międzyczasie zblenodowałam truskawki. Następnie przełożyłam jogurt z chia do szklanek, a na powstały pudding wylałam zmiksowane truskawki.

Moja opinia:

Chia w połączeniu z jakimkolwiek płynem są bez smaku. Jedyną trudnością w spożywaniu ich może być ich konsystencja. Żelowa, kleista bardzo podobna do glutka z siemienia lnianego. Mi osobiście to odpowiada - niewiele składników z grupy "superfood" można tak dostosować by miały smak, który lubimy. Zatem wprowadzenie zdrowej cząstki do diety, nie jest takie straszne, bo praktycznie w ogóle jej nie odczuwamy.

Czy można zastąpić czymś nasiona chia (szałwii hiszpańskiej)?

Tak, wspomnianym już wcześniej siemieniem lnianym, który ma niemal takie same właściwości jak chia!


Kiedy jeść pudding chia?

  • Na śniadanie, drugie śniadanie - należy pamiętać wtedy, żeby przez cały dzień systematycznie się nawadniać, ze względu na obecność około 11 g (czyli 42% dziennego zapotrzebowania na błonnik, który skuteczny jest dopiero wtedy kiedy wypijemy przynajmniej 1,5 litra wody!).
  • Jako słodka przekąska przed treningiem.

Jestem ciekawa co wy sądzicie o takim odżywianiu się, gdyż w internecie pojawia się wiele informacji, że jest to jedzenie drogie, ekskluzywne. Też macie takie zdanie? A może odżywiacie się w ten sposób i chcecie polecić mi jakiś przepis (który z chęcią przetestuję)?


Maseczki jednorazowe? Czy takie istnieją?

Maseczki jednorazowe? Czy takie istnieją?

Wiosną wszystko budzi się do życia. Rośliny, drzewa, kwiaty, zwierzęta, ale również i nasz organizm przestawia się na cieplejsze dni. Mamy więcej energii, więcej chęci w dbaniu o siebie. Wszystko pięknie, prawda?
Tylko posiadaczki cer trądzikowych - w tym ja, przeklinają ten czas słońca i upałów. Dlaczego? Działanie promieni słonecznych na słońce nie powoduje tylko nadania jej pięknego odcienia. Przede wszystkim prowadzi do wysuszenia skóry. Cera trądzikowa,tłusta jest to taka cera, która produkuje (już i tak) za dużo sebum. Doprowadzając do jej wysuszenia, powodujemy, że staje się mniej odżywiona i zaczyna DODATKOWO produkować coraz więcej sebum. Czyli powstaje nam mniej więcej takie równanie:
SEBUM (produkowane przez skórę "normalnie")+SEBUM (produkowane przez skórę poprzez nadmierną ekspozycję na promienie słoneczne) = WYSYP ZMIAN TRĄDZIKOWYCH
Taka podwójna dawka sebum jest świetną pożywką dla bakterii, tzw. bakterii trądzikowych. Oczywiście krem z filtrem jest podstawowym kosmetykiem przez cały rok, jednak w tych miesiącach najbardziej słonecznych stan mojej cery bardzo się pogarsza. Z obserwacji wnioskuję, że spowodowane jest to tą podwójną dawką sebum.
Dlatego na początku wiosny staram się bardzo zmieniać swoją pielęgnację. Sięgam - czasami nawet codziennie - po maseczki oczyszczające. W poprzednim miesiącu przetestowałam kilka nowości i tzw. "hitów" internetowych.



Bielenda, DETOX
Tym razem Bielenda proponuje nam maseczki w cudownie metalicznych kolorach. Po zastygnięciu jednak niewiele one mają wspólnego ze srebrem czy złotem. Maseczki można dostać w trzech wersjach:
- silver - dla cery mieszanej i tłustej

- blue - dla cery suchej i wrażliwej
- gold - dla cery wrażliwej i dojrzałej
Wersja Silver Detox ma charakterystyczny, kwaśny zapach. Przyjemnie nakłada się ją na twarz, nie spływa z niej i błyskawicznie zastyga. Innowacją tych masek jest to, że zawierają nanocząsteczki, które w połączeniu ze sławnym węglem mają dogłębnie oczyszczać skórę. Dodatkowo cera ma być zmatowiona, a wydzielanie sebum uregulowane.
Maseczka powoduje to, że skóra jest zmatowiona, odświeżona i tyle? Nie zauważyłam jakiegoś głębokiego oczyszczenia. Z całą pewnością nie był to detox skóry.
Jak już wspominałam kolor nie jest srebrny. Maseczka (wersja silver) ma zwykły, szary, glinkowy kolor.
Koszt jednej saszetki to 2,99 zł.
Ja raczej do niej nie wrócę.


Marion, FIT&FRESH
Seria Fit&Fresh są to maseczki 2w1 - można zastosować ją jako maseczkę jednorazową albo pozostawić na twarzy na całą noc.
Wersja ogórkowa skierowana jest dla cer tłustych,mieszanych, problematycznych. Zawiera kwasy AHA pochodzące z ekstraktu z limonki. Maseczka genialnie odżywia twarz, nawilża ją pozostawiając twarz w genialnej kondycji. Sprawia, że te bardziej zaognione zmiany są mniej widoczne. Po użyciu tej maseczki nie ma efektu ściągnięcia skóry - tak jak już wcześniej wspominałam cera jest genialnie nawilżona.
L'orel Skin Expert
Pure Clay Detox Mask - jest to maseczka detoksykująca z glinką i węglem.Maska koloru szarego, o kremowej konsystencji. Perfumowana, jednak zapach jest na tyle przyjemny, że nie drażni on nosa. Rozprowadza się bez żadnych przeszkód - nie spływa z twarzy. Zastyga jak każda typowa glinka. Jeśli chodzi o działanie to delikatnie oczyszcza, nie pozostawia uczucia ściągnięcia skóry.
Pure Clay Purity Mask - jest to maska oczyszczająca z ekstraktem z eukaliptusa. Maska w  kolorze jasnej zieleni o kremowej konsystencji oczyszcza skórę z zanieczyszczeń. Skóra jest odświeżona. Delikatnie zasusza niedoskonałości.
Ziaja
Ziaja antyoksydacja Jagody Acai ma za zadanie wygładzić skórę, ujędrnić i zmiękczyć. Poprzez długotrwałe nawilżenie kojąco zadziałać na skórę. Maskę można nakładać na 15 minut lub pozostawić na całą noc. Genialnie nawilża, nawet cery suche! Nie zapycha skóry. Opakowanie starcza na mniej więcej trzy użycia.
Ziaja liście zielonej oliwki to maska niemalże kultowa.  Zawiera w swoim składzie kaolin oraz cynk. Konsystencja tej maski jest gęsta przez co nie spływa z twarzy. Zastyga bardzo szybko, oczyszcza tylko z tych najpłytszych zaskórników.
Black Head Pilaten to maska, której poświeciłam osobny post. Jeśli jesteś ciekawa co o niej sądzę odsyłam do TEGO postu.
Bielenda Carbo Detox podbiła polski rynek, stając się jedną z popularniejszych masek węglowych. Oprócz koloru, który szokował wszystkich domowników, maska nie wywarła na mnie żadnego wrażenia. Miałam uczucie, że zarówno przed jak i po nałożeniu maseczki cera wyglądała tak samo.Szczerze mówiąc zawiodłam się na niej, bo miałam ogromne oczekiwania co do tego produktu.
Rival de Loop
Maseczka złuszczająca z brzoskwinią i aloesem jesr dla mnie hitem. Tania, dostępna w każdym Rossmannie. Przy pierwszym nałożeniu nie spodziewałam się, że będzie to maseczka typu peel-off. Ale to dobrze, tym większy plus dla tego produktu! Pachnie genialnie. Potrzebuje chwili na zastygnięcie. Można ściągnąć ją w jednej płachcie. Zdecydowanie polecam wszystkim fanom peel-off!

Jestem ciekawa jaki jest wasz stosunek do masek jednorazowych!

Wiosna w kolorze bzu?

Wiosna w kolorze bzu?

Ostatnio wspominałam wam o matowych pomadkach firmy Golden Rose. Gościły tam głównie kolory ciemne, wielu osobom kojarzące się z szarą jesienią. Dlatego dzisiaj chciałabym zaprezentować wam moją propozycję na wiosenne spacery.
I nie będzie to propozycja modowa, bo nie czuję się tak dobrze w dziedzinie mody, żeby proponować wam co nosić, a czego nie.


Dzisiaj chciałabym przedstawić wam trzy pomadki, trzech różnych firm w kolorze, który według mnie najbardziej kojarzy się z wiosną.
Róż i jego wszelakie odcienie nieodłącznie wpisują mi się w klimat wiosny i lata. Ma się wrażenie, że wszystko jest takie ożywione, energetyczne. Chęci do pracy wracają ze zdwojoną siłą. Warto takie elementy wykorzystywać w makijażu chociażby do wyrażenia siebie i swoich emocji z danej chwili.
Po tym przydługim wstępie chciałabym przedstawić wam głównych sprawców tego wiosennego zamieszania.



MUA Persian Rose jest to intensywnie fuksjowa pomadka. Osobiście nigdy nie odważyłabym się kupić sobie takiego odcienia. Dzięki LiveBySuzzy i akcji Życzenia dla blogerki mogę przetestować ten produkt i co nieco powiedzieć wam o swoich pierwszych odczuciach odnośnie tego produktu.
Przede wszystkim kolor w opakowaniu jak i na ustach wygląda identycznie. Bardzo intensywnie podkreśla usta. Aplikacja jest bardzo prosta. Ja poradziłam sobie bez konturówki, a mimo to efekt był niesamowity. Jednak aby zdecydować się na ten odcień musicie mieć mega zadbane usta gdyż pomadka podkreśla każdy przesuszony element waszych ust, przez co ja muszę niestety poczekać z jej noszeniem. Odcień ten powoduje, że zęby wydają się bielsze. Formuła pomadki jest bardzo kremowa, nie powoduje przesuszenia ust. Naprawdę jest to bardzo fajna, a przede wszystkim tania propozycja. Właśnie przez wzgląd finansowy możemy zaopatrzyć się w całą gamę kolorystyczną i każdego dnia miesiąca nosić coś innego!



Pomadka Oriflame w odcieniu Shimmering Pink to bardziej stonowana propozycja różu. Kolor bardzo zbliżony do naturalnego odcienia ust, nadający mu niesamowity blask i błysk. Kremowa formuła genialnie nakłada się na usta. Pomadka posiada przyjemny, niedrażniący zapach. Bardzo ładnie podkreśla usta, nie powoduje ich suchości. Oryginalny kształt pomadki pozwala na dokładne jej nałożenie, bez użycia konturówki. Efekt jaki osiąga się tą pomadką porównałabym do Nivea Pearl Shine. Bardzo dobra propozycja na co dzień.



Pomadkę z Essence w odcieniu Love Me mam od bardzo dawna.  Ten odcień różu określiłabym na przygaszony, delikatnie muśnięty pomarańczem. Kolejny raz pomadka o kremowej konsystencji, łatwo rozprowadzająca się na ustach. Krycie oceniłabym na średnie. Nie przesusza ust, nie wymaga konturówki.

Jeśli chodzi o trwałość wszystkich trzech pomadek to nie oceniłabym jej wysoko. Przy "normalnym" funkcjonowaniu, tj. jedzeniu, piciu, wytrzymują około 1,5-2 godzin. Wydaje mi się, że jak na pomadki do 10 zł, to trwałość dobra. Mam jednak w pamięci kredki do ust z Golden Rose, które są złotówkę droższe a wytrzymują zdecydowanie dłużej. Jednak na wiosenny spacer sprawdzą się doskonale!

A wy? Jak podkreślacie usta wiosną? Szalejecie z kolorem czy powoli przebudzacie się z zimowego snu, żeby zabłysnąć dopiero latem?


Odkurzacz twarzy? Maseczka Pilaten

Odkurzacz twarzy? Maseczka Pilaten


Ja i moja natura testującego wszystko na sobie doprowadziła do tego, że maseczki Pilaten stały się moją własnością. Na początku był istny szał na te maski - odkurzacze, które wyciągały ze skóry wszystkie najgorsze syfy. Obecnie zauważam coraz gorsze opinie na temat tego produktu. Jak spisze się na mojej skórze? Mam nadzieję, że na to pytanie odpowie mój dzisiejszy test.

Zdecydowałam się na maskę w pojedynczym opakowaniu. W takiej paczce znajduje się 6g produktu. Maska w swojej konsystencji jest gęsta i czarna jak smoła. Zapach jest dość specyficzny - cytrusowy, dość nieprzyjemny. Wyczuwalny jest on tylko w czasie nakładania maseczki na twarz.
Maska skierowana jest do cer mieszanych czy tłustych z tendencją do występowania zaskórników oraz powiększonych porów. Producent wspomina, że maska doskonała będzie również do pozbycia się zaskórników zamkniętych. 

W dużym skrócie maska ta ma pomóc oczyścić skórę z zanieczyszczeń, zmniejszyć widoczność porów, wygładzić skórę, usunąć  z niej martwy naskórek, reguluje pracę gruczołów łojowych przy dłuższym stosowaniu. Czarny kolor maski zapewniony jest przez aktywny węgiel z bambusa.


Skład: Water,polyvinyl Alcohol,Glycerin,Citrus Paradisi,PEG-8,Panthenol,Fragrance,Cellulose Gum,Tetrasodium EDTA,Activated carbon,Rosemary Extract,Avena sativa Extract,Pot Marigold,Zinc Gluconate,Lecithin,Retinyl Palmitate,Arachidyl propionate,Tocopheryl Acetate,Ethyllinolenate,Xanthan Gum,Limonene,Linalool,Geraniol,Methylparaben

Jeśli chodzi o nałożenie maski nie polecam robienia tego dłońmi - brudzi skórki okołopaznokciowe, ciężko później zmyć ją z dłoni. Dodatkowo może spowodować uporczywe plamy ma ubraniach. Maska w zależności od grubości jaką nałoży się na twarz potrzebuje od 15 do 30 minut aby zastygnąć. Ściągniecie jej z twarzy nie jest problematyczne. Ból pojawia się w momencie wyrwania jakiegoś włoska.

Przeraziła mnie konsystencja i wygląd maski po jej zdjęciu. Wyglądała według mnie jak klej na którym zawieszona jest czarne coś.  Skóra po zdjęciu maski była klejąca, wymagała natychmiastowego umycia. Nie była zaczerwieniona, podrażniona. Jeśli chodzi o efekt oczyszczenia, to fakt: skóra była gładka poprzez usunięcie martwego naskórka i odstających suchych skórek. Głębokiego oczyszczenia porów niestety nie zaobserwowałam. Pozbyłam się, dodatkowo, włosków.


Czy jest to hit? Według mnie nie. Tak naprawdę maska nieznanego pochodzenia. Obietnice producenta nie są spełnione nawet w połowie. Zatem pytanie, skąd tak dobre opinie w Internecie na temat tej maski?*

W cenie tej maski, w Polsce, znaleźć można wiele dobrych maseczek. Osobiście polecam wam Bielendę maskę peel-off z ekstraktem z ananasa. Cudowny zapach, niska cena i przeogromna skuteczność. Ja po maseczkę Pilaten z pewnością już nie sięgnę.

Miałyście styczność z tą maseczką? Jak ją oceniacie?

*każda twarz jest inna, każda reaguje różnie na produkty. Powyższa opinia jest tylko moim odczuciem na temat tego produktu


Golden Rose Matte Lipstick Crayon vs Golden Rose Lonstay Liquid Matte Lipstick

Golden Rose Matte Lipstick Crayon vs Golden Rose Lonstay Liquid Matte Lipstick


Nigdy nie byłam pozytywnie nastawiona do pomadek. Byłam zrażona do nich przez klejące się do wszystkiego, a głównie włosów, błyszczyki. Nie nawiedziłam efektu lepienia się czegoś na ustach, przez co w mojej kosmetyczce nie było nigdy tego typu produktów.
Sprawa zmieniła się kiedy do sklepów trafiły matowe pomadki w kredce od Golden Rose. Na początku sięgnęłam po numer 12, w którym kompletnie się nie czułam. Dlatego też do tej pory leży nieużywana na dnie kosmetyczki. Następnie sięgnęłam po numer 08 i...przepadałam. Drugie podejście do tej pomadki i od razu miłość do kolorów bordowo-fioletowych. 

Golden Rose Matte Lipstick Crayon


Opis producenta: Matowa pomadka do ust Matte Crayon tworzy na ustach aksamitne wykończenie. Wysoka zawartość pigmentów oraz długotrwała formuła sprawia, że pomadka długo utrzymuje się na ustach. Idealnie się rozprowadza, a dzięki zawartości składników nawilżających oraz wit. E dodatkowo odżywia i nawilża usta. Bogata paleta kolorów zawiera odcienie od klasycznej czerwieni po różne odcienie nude. Poj. 3,5g. 

Według mnie gama kolorystyczna zaproponowana przez Golden Rose w tej serii jest genialna! Każda z nas bez problemu znajdzie odcień, który pokocha. Jak już wspominałam wcześniej nie polubiłam się z 12, tylko dlatego, że na tle mojej bladej cery brudny róż prezentował się nie najlepiej. Z kolei 08 jest kolorem tak genialnym, że bardzo często sięgam po niego.
Kredka jest trwała. W ekstremalnych warunkach, przy całonocnym jedzeniu i piciu, wymagała poprawy tylko raz. Jest to genialne, ponieważ przy tak ciemnym odcieniu spodziewałam się, że zdecydowanie więcej razy będę musiała ją poprawiać. A tu super zaskoczenie!
Nie rozmazuje się, nawet gdy nie użyjecie konturówki. Myślę, że za cenę 11,90 to takie połączenie dwóch produktów w jednym jest czymś niesamowitym.
Pomadka nie wysusza ust, bardzo łatwo rozprowadza się na nich. Nakłada się równomiernie.
Jedyne do czego mogłabym się doczepić (ale będzie to takie czepnięcie się na siłę) to forma kredki, którą żeby zatemperować trzeba mieć odpowiedni sprzęt do tego.
Posiadam kolory: 08, 12

Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick


Opis producenta: Pomadka w płynie gwarantuje perfekcyjne, pełne pokrycie ust matowym kolorem przez wiele godzin, bez uczucia przesuszenia i lepkości. Lekka formuła wzbogacona w witaminę E i olej z awokado sprawia, że usta stają się niezwykle nawilżone i gładkie. Elastyczny aplikator i kremowa konsystencja zapewniają wygodne rozprowadzanie produktu. Po aplikacji należy odczekać chwilę, aby uniknąć rozmazania.Produkt łatwo można zmyć przy pomocy dwufazowego płynu do demakijażu.

Jeśli chodzi o gamę kolorystyczną, to według mnie, są one bardziej specyficzne. Nie wszyscy odnajdą w niej swojego ulubieńca. W niektórych wersjach kolorystycznych w produkcie znajdują się drobinki. Są one wyczuwalne podczas nakładania.
Pomadki posiadają dość duży aplikator. Wygodnie nakłada się nim produkt na usta, ciężej jest wykonywać nim jakieś precyzyjne poprawki. W przypadku koloru 15 niestety nie obejdzie się bez konturówki. Ja używam bezbarwnego wosku z Golden Rose, który świetnie się sprawdza w tej roli.
Pomadka jest kremowa w konsystencji. Pachnie waniliowo - mi osobiście ten zapach bardzo przeszkadza. Jest bardzo trwała na ustach, nie ściera się podczas jedzenia i picia. Mat jaki osiągalny jest tą pomadką jest genialny!
Posiadam kolory: 10, 15

Według mnie są to genialne pomadki. Jednak kiedy się spieszę wybieram Crayon, ponieważ nie jestem aż tak bardzo wprawiona w nakładanie ciekłych, matowych, pomadek.

Jestem ciekawa po jakie produkty do ust, matowe lub nie, wy najczęściej sięgacie!

Czy to się je?: Kulki kokosowe Rafaello

Czy to się je?: Kulki kokosowe Rafaello



Kilka razy podchodziłam do przygotowania potraw ogłaszanych w internecie jako hiper, super,mega zdrowe. W około 70% większość tych dań lądowała w koszu, bo była po prostu niedobra. Bez smaku, mdła. Dlatego w mojej głowie zrodził się pewna nuta zwątpienia: czy te jedzenie jest naprawdę takie dobre czy ktoś zbija ogromną kasę na tym, żeby wmówić reszcie, że tak jest i ma ci to smakować?

Postanowiłam to...przetestować i jednocześnie zapoczątkować na blogu serię wpisów: "Czy to się da jeść?". Będę chciała przetestować te najsłynniejsze przepisy na zdrowe śniadania, obiady, kolacja i podwieczorki. Jednocześnie dzieląc się z wami swoimi szczerymi opiniami na temat przygotowanych potraw.
Jednak zanim zacznę opisywać wam pierwsze danie, które przygotowałam chciałabym opowiedzieć co nieco o swojej kuchni i smakach, które lubię.

- Lubię rzeczy ostre, o wyraźnym smaku, zahaczające o klimaty indyjskie
- Lubię owoce i warzywa, które są twarde - nienawidzę jak soki z owoców płyną mi po rękach, nienawidzę papkowatej konsystencji przez co często sięgam po owoce/warzywa, które nie do końca są dojrzałe
- Nie lubię smaku i specyficznego zapachu owsianki
- Nie mam problemu z jedzeniem rzeczy uważanych przez społeczeństwo jako niedobre - tutaj mam głównie na myśli szpinak i wszelkiego innego rodzaju zielone warzywa
- Nie przepadam za ziemniakami.
- Lubię kasze, ryż
- Nienawidzę gorzkiej czekolady
- Jeśli chodzi o wodę, to sięgam tylko po gazowaną
- Mam słabość do lodów z McDonald's
- Rzadko piję kawę, za to herbatę pochłaniam w litrowych ilościach 


Mam dziwne wrażenie, że świat (internetowy) oszalał ostatnio na punkcie kulek. Różnie są one nazywane: niektórzy mówią o nich zdrowe kulki, inni kulki mocy. Określeń na nie jest naprawdę sporo. Jednak wszystkie opisują zdrowe przekąski na bazie kaszy jaglanej i różnych dodatków.
Postanowiłam przetestować według mnie najbardziej klasyczną ich wersję. Bez dziwnych udziwnień, z produktów, które większość z nas ma u siebie w domu. 
Kulki kokosowe (nazywane również kulkami Raffaello fit) to nic innego jak troszkę odchudzona wersja popularnych słodkości. 
Do ich przygotowania potrzebne jest:
- mleko kokosowe - przez swoje gapiostwo nie zauważyłam, że w oryginalnym przepisie było zaznaczone,że trzeba użyć tylko 250 ml. Ja zużyłam całą puszkę, czyli 400 ml
- kasza jaglana - ja miałam wersję w woreczkach, na 400 ml mleka kokosowego potrzebne będą 2 woreczki
- wiórki kokosowe - około 100-150 g
- miód - w zależności jakie słodkie chcecie otrzymać kulki, ja użyłam 2 łyżki
- migdały do włożenia w środek kulki


Kaszę jaglaną należy wypłukać w zimnej wodzie, żeby pozbyć się jej naturalnej goryczki. Należy ugotować ją w mleku kokosowym na wolnym ogniu tak, aby kasza wchłonęła całe mleko. Nie może pozostać ani trochę płynu, konsystencja kaszy musi być lepka, bo inaczej kulki się nie udadzą. Do ugotowanej kaszy dodać wedle upodobania wiórki kokosowe oraz miód. U mnie było to około szklanki, a kulki wyszły meega kokosowe. Masę trzeba zblendować. Polecam robić to partiami. Uformować kulki, do środka każdej dodać migdał. Obtoczyć w wiórkach kokosowych i wstawić do lodówki na około 12 godzin, aby masa stężała.
Z tego przepisu wychodzi około 20-30 bardzo sycących kulek kokosowych. Po zjedzeniu dwóch naprawdę miałam dość.

A co ze smakiem? Kasza w smaku nie jest kompletnie wyczuwalna, wiórki kokosowe "robią" całą robotę nadając odpowiedni smak. Myślę, że mleko kokosowe można z powodzeniem zastąpić wodą, gdyż nie zauważyłam jakiejś różnicy w smaku kaszy ugotowanej na wodzie i na mleku kokosowym. Kulki nie wyszły bardzo słodkie. Myślę, że dodanie 3-4 łyżek miodu spowodowałoby to, że były by idealne. Sporo osób nie wyczuło różnicy w smaku. 
Jak dla mnie to naprawdę fajna słodka przekąska, za niewielkie pieniądze. Całkowity koszt tych kuleczek to 11,97 zł (0,39 zł za kulkę!), więc myślę, że warto spróbować słodyczy w takiej opcji.

Jestem ciekawa co wy sądzicie o takim odżywianiu się, gdyż w internecie pojawia się wiele informacji, że jest to jedzenie drogie, ekskluzywne. Też macie takie zdanie? A może odżywiacie się w ten sposób i chcecie polecić mi jakiś przepis (który z chęcią przetestuję)?
Copyright © 2014 Lifestyle, beauty, food by Miritirllo , Blogger