BeBeauty Sensitive Łagodzący Żel-krem do mycia twarzy

BeBeauty Sensitive Łagodzący Żel-krem do mycia twarzy


Jestem posiadaczką cery tłustej - to już mogliście się dowiedzieć. Przez najbliższe trzy miesiące stosuję bardzo minimalistyczną pielęgnację. Pierwszy post na blogu dotyczył właśnie planu pielęgnacyjnego, więc jeśli jesteście zainteresowane odsyłam was do tego posta.
Ostatnio w Biedronce pojawiła się nowość od BeBeauty. Produkty do oczyszczania twarzy z tej firmy cieszą się dużą sławą w internecie. Jednak wiadomo jak to jest z hitami - jest wielu ich zwolenników, a przeciwników jeszcze więcej. Dlatego też z zaciekawieniem sięgnęłam po łagodzący żel-krem w wersji sensitive. Szczerze mówiąc nie jestem pewna czy istnieje inna wersja tego produktu, bo w Biedronkach, w których byłam, zawsze trafiałam właśnie na tą.

Produkt ma na celu oczyszczenie skóry w łagodny sposób z makijażu, zanieczyszczeń. Formuła żelu ma koić,a użyta w nim gliceryna ma utrzymać optymalny poziom nawilżenia. Jeśli chodzi o kwestie czysto techniczne to fajnie, że produkt jest z pompką. Ja na wstępne mycie twarzy (zabrzmiało jakbym wkładała twarz do pralki, nieważne : ) ) zużywam jedną pompkę. W konsystencji jest to żel do mycia twarzy wymieszany z kremem. Produkt jest delikatnie tłusty, a podczas mycia mam wrażenie jakbym próbowała zmyć makijaż samym kremem. Dziwne uczucie, ale można się szybko do niego przyzwyczaić. Długo szukałam porównania do zapachu. Jest on tak intensywnie silny, wpadający w kwiatową nutę. Nie wiem czy kojarzycie w Biedronce proszki do prania - te produkowane tylko dla nich. Bardzo intensywnie perfumowane, wyczuwalne na całej alejce kosmetycznej. Ten żel ma właśnie ich zapach. Konsultowałam tę opinię z kilkoma osobami i bez wahania powiedziały, że to zdecydowanie proszek.
Przechodząc do działania produktu to pierwsze wrażenie nie było dość miłe. Co prawda produkt pozostawił skórę gładką, miękką oraz dziwne uczucie posiadania już kremu na twarzy to również spowodował, że moja twarz niczym nie różniła się w kolorze od buraka. Błędem z mojej strony było to, że zastosowałam dwa nowe produkty do oczyszczania twarzy jednocześnie. Jednak po kilku dniach niesmaku co do tego produktu postanowiłam przetestować go w różnych wariantach i z różnymi kosmetykami.


Samodzielnie jest naprawdę dobrym  produktem. Dobrze oczyszcza twarz. Nie powoduje wysuszenia. Przy dłuższym stosowaniu można powiedzieć, że łagodzi zmiany zgodnie z obietnicą. Gdyby nie zapach, to dostałby bardzo wysoką notę ode mnie. Delikatnie szczypie w oczy.
Przeszłam zatem do fazy testów. Na pierwszy rzut poszła nowość w mojej kosmetyczce: Yves Rocher Sebo Vegeral płyn micelarny. Mój demakijaż czasami jest dość różny, nie zawsze trzyma się ładu i składu, przez co często nakładam po umyciu twarzy żelem, płyn micelarny. Tak było też w tym przypadku. Dosłownie po kilku sekundach twarz przybrała kolor buraczka. Utrzymywał się on dobre 15 minut. Obrazowo wam to tłumacząc mogę porównać ten efekt to maseczki z cynamonu, robiłyście ją kiedyś? Piecze niemiłosiernie, a po zmyciu utrzymuje się charakterystyczny kolor.
Jeśli chodzi o samodzielne działanie Yves Rocher Sebo Vegetal to nie powoduje takiego efektu. Z żelem-kremem z Biedronki niestety nie współpracuje.


Jeśli chodzi o zestawienie BeBeauty i Resibo to w tym przypadku nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Produkty nie wchodzą w reakcję ze sobą. Nie pojawiają się zaczerwienienia, wypieki, szczypanie czy pieczenie. W takim duecie produkty te można razem stosować (a przynajmniej u mnie nie pojawiła się żadna nieprzyjemna niespodzianka).


Krem intensywnie nawilżający od Himalaya nakładałam na osuszoną twarz ręcznikiem papierowym. W tym przypadku pojawiło się delikatne pieczenie, jednak nie było innych, nieprzyjemnych sytuacji. Zarówno żel-krem jak i krem, stosowane oddzielnie, spełniają swoją rolę znakomicie.

Podsumowując, żel nie polubił się tylko z płynem micelarnym od Yves Rocher. Próby podejmowałam w kolejnych dniach i niestety w przypadku tego produktu, efekt zawsze był taki sam. Pieczenie, szczypanie i bardzo mocne zaczerwienienie.
Czy sięgnę po produkt BeBeauty ponownie? Raczej nie. Pomimo, że kosztuje niewiele (5,99), to efekty przy stosowaniu tego produktu mnie nie zachwyciły.

Znacie ten produkt? Jak go oceniacie? Jestem bardzo ciekawa waszych opinii!
Dziadek i babcia - srebro na głowie i złoto w sercu

Dziadek i babcia - srebro na głowie i złoto w sercu


www.kaboompics.com

Dam wam w końcu odpocząć troszkę od recenzji i porównań różnych marek. Dzisiaj nie będzie też nic z DIY. Dzisiaj chciałabym porozmawiać, a może troszkę opowiedzieć Wam, o osobach bardzo ważnych w życiu każdego z nas.
Macie swoich Dziadków? Bo ja mam. Zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Myślę, że jest to duże szczęście. Pomoc i ich zaangażowanie nie jest mierzona ludzkimi skalami. W moich życiu przez dość długi czas była prababcia. Pamiętam ją doskonale. Cieszę się, że miałam możliwość poznania jej.
W moich dzisiejszych rozważaniach, chciałabym przybliżyć nie tylko swoją osobę, ale też pokrótce opowiedzieć o personach, które wpłynęły na to czymś się interesuję oraz co robię.

Babcia...kwiaciarka
Jak to jest, że wszystkie babcie mają rękę do kwiatów, a ich wnuczki już niekoniecznie? Może to przychodzi z wiekiem? Oprócz kosmetyków w mieszkaniu babci aż roi się od kwiatów. Wszelkiego rodzaju "miniaturki" osiągają rozmiary standardowych roślin. Ukorzenianie kolejnych odnóg i sadzenie nie wiadomo której doniczki to codzienność. Jeśli chodzi o mnie to potrafię uśmiercić nawet kaktusa poprzez przelanie go i zgnicie od korzenia....cóż, dostałam teraz od Babci hiacynta - kwitnie, więc może jakiś postęp jest?

Zapamiętana rada odnośnie kwiatów: woda do podlewania musi odstać swoje w szklanej butelce kilka dni - dopiero po tym czasie nadaje się do podlewania kwiatów.


Babcia...optymistka
Nigdy nie usłyszałam od niej, że coś będzie źle, że nie da się czegoś załatwić. Zawsze z uśmiechem i pozytywnym nastawieniem kroczy przed życie. Szklanka jest zawsze do połowy pełna. Oprócz samego nastawienia do życia, cenię to, że jest po ludzku szczera. Gdy jej coś nie pasuje - mówi to. Przez co wiele konfliktowych sytuacji tłumione jest od razu w zarodku i nie tworzy się sztuczna afera o nic. Te dwie cechy chciałabym kiedyś opanować do perfekcji. Nie jest tak, że jestem ciągle na nie. Staram się być pozytywnie nastawiona do życia, ale są momenty, w których humor przeciągany jest w tą złą stronę.
Zapamiętana cecha z dzieciństwa: optymizm 

www.kaboompics.com

Babcia...kucharka
Zdecydowanie moja Babcia kucharką nie jest. Ze wspomnień z dzieciństwa przypominam sobie, że to zawsze dziadek (albo gdy jeszcze żyła to prababcia) zajmowali się przygotowywaniem posiłków. Oczywiście podstawowe rzeczy potrafi ugotować, ale jakoś nie eksperymentuje w tej dziedzinie życia. Szczerze mówiąc nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek upiekła ciasto - twierdzi, że nie ma do tego talentu.
W przeciwieństwie do mnie. Ciasta uwielbiam piec. Wiadomo, że nie zawsze przygotuje się idealnie piękne i dobre - ale w większości one wychodzą. Moją piętą Achillesową są zdecydowanie wszelkiego rodzaju mięsa. Nie umiem, nienawidzę i nie chce ich robić. Jeśli ktoś chce, może doszukiwać się podtekstów, że może babcia miała na to wpływ. Nie potwierdzam i nie zaprzeczam.

Zapamiętana potrawa z dzieciństwa: gofry z malinami

Babcia...bloggerka
Nie chodzi o to, że moja babcia jest bloggerką. Co to, to nie. Jest to kobieta, która nie ma umiaru w kupowaniu kosmetyków. Jej łazienka tonie we wszelakiego rodzaju nowościach. Często wychodzę z założenia, że jeśli nie mogę dostać jakiegoś produktu to zapewne znajdę go u niej na półce. I co najgorsza, zawsze to się sprawdza. W ostatnim casie próbuję nawet odnaleźć w jej skarbnicy podkład Catrice, ale nawet jej nie udało się poczynić stosownych zapasów. Wiele hitów, o których czytam na różnych blogach, ona ma wytestowanych długo przede mną. Myślę, że gdyby urodziła się kilkanaście lat później jej blog byłby naprawdę bardzo na topie. Ma wiele trafnych uwag jeśli chodzi o kosmetyki i ich działanie. Potrafi wyszukiwać perełki. Jednak jej kolekcja cały czas rośnie i rośnie...i rośnie.
Rozumiecie skąd moja obsesja na punkcie kosmetyków? Może trzeba to zbadać? Może coś w genach jest nie tak?  

Zapamiętany kosmetyk z dzieciństwa: wcierka do włosów Jantar i krem NIVEA


Babcia...łowca promocji
Tak, o wszystkich promocjach informuje mnie babcia. U niej w domu prasą obowiązkową są gazety z przeróżnych sklepów - od spożywczych po drogerie. Nie jest to jakaś mania. Nie jeździ od sklepu do sklepu, bo coś jest 0,50 groszy tańsze. Jednak, gdy wpada jej produkt w oko to ma to na uwadze - nie jedzie pod sklep przed otwarciem i zabije się o produkty, co to to nie! Po prostu korzysta z promocji racjonalnie.
Moją miłością jest przeglądanie gazetek promocyjnych. Ba, czasami oznaczam sobie markerem to co chcę. I niestety, gdy coś mi się spodoba, podjadę pod sklep, żeby być pierwszą. Tak mam, no co zrobić. Cieszę się kiedy mogę zaoszczędzić (czy są na blogu studenci? ). Jestem tego świadoma, że te narzucone rabaty czasami można o kant stołu roztrzaskać, ale szukam alternatyw. Jedną z nich jest Rabble.pl. Strona oferuje kody rabatowe m.in. do Douglasa !

Wybaczcie, że skupiłam się tylko na jeden Babci. Gdybym miała opisywać wszystkich post stałby się epopeja, a tego chyba nie chce żadna z nas :) Podsumowując dużo cech charakteru i nawyków posiadam właśnie po niej. Pewnie spowodowane jest tym, że zanim jeszcze nie chodziłam do przedszkola, cały czas spędzałam właśnie z nią.

Styczeń jest miesiącem, w którym często, nie z własnej woli - tylko z woli kalendarza, pamiętamy właśnie o nich.  Narzuca to nam święto, ale warto docenić ich obecność dopóki jeszcze są. Może mają jakieś niespełnione marzenia i dzięki Wam je zrealizują? Róbmy im prezenty nie tylko od święta. Dodajmy kolorytu ich życiu i umilmy czas :)
Takim przesłaniem chciałabym zakończyć dzisiejszy typowo lifestylowy post - postaram się żeby chociaż raz na jakiś czas podzielić się z Wami moimi rozważaniami na różne tematy. Kolejny pomysł już mam ; )

*Ten post został stworzony we współpracy z portalem Rabble.pl *
Korona Limonki wędruje do...

Korona Limonki wędruje do...

Lubicie szukać alternatyw? Bo ja tak. I to nie chodzi o różne opcje w życiu, bo staram się przekładać to na kosmetyki. Nie muszę chodzi ubrana w Chanel, pachnieć Diorem, a na twarzy mieć kosmetyki w cenie dobrego samochodu. Nie mam na myśli tego, żeby sięgać po podróbki - bo to byłoby popadanie ze skrajności w skrajność. Chodzi mi raczej o znalezienie produktów dobrych jakościowo, w cenach, które nie zrujnują (studenckiego) portfela.

Jedną z dziedzin kosmetycznych, na którą zdecydowanie przeznaczam najmniej pieniędzy, są żele pod prysznic. Te idą u mnie jak woda. Nie zdążę przyzwyczaić się do zapachu, konsystencji i działania, a już go nie ma. Dlatego też w mojej łazience jest ich zawsze dużo. Postanowiłam jednak ograniczyć swoje pole manewru do trzech produktów. Niby całkiem innych, ale...

Dwa z tych produktów bez większego problemu dostaniecie w sklepach, które zapewne bardzo dobrze znacie. Trzeci jest trudny, ale nie niemożliwy, do zdobycia. Do testów w ciemno zdecydowałam się na wersję zapachową limonka i aloes. W przypadku Isany jest to limonka i bazylia.

Zwycięzca tego plebiscytu otrzyma Koronę Limonki.

ISANA, Limonka i bazylia 

Myślę, że nie pierwszy raz spotykacie się z produktem tej firmy. Według mnie ich żele do kąpieli są naprawdę bardzo dobre. Za 300 ml produktu płacimy w promocji około 2,30 zł, a czasami nawet 1,99 zł. Produkt zamknięty jest w typowym dla tego producenta, wygodnym, opakowaniu. Jeśli chodzi o zapach to z całą pewnością wyczuwalny jest zapach owoców cytrusowych. Nie powiedziałabym, że jest to limonka. Bardziej cytryna wymieszana z cukrem. Bazylia jest w ogóle niewyczuwalna w tym produkcie.Żel ma jasnozieloną, przezroczystą, barwę. W konsystencji nie jest ani bardzo gęsty, ani też bardzo mocno leisty. Do wytworzenia piany potrzebna jest nam dosłownie niewielka ilość produktu. Przy dłuższym stosowaniu nie wysusza skóry. Nie zgodzę się jednak z opinią producenta, który twierdzi, że: "pomaga utrzymać prawidłowe nawilżenie skóry".

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Citrus Aurantifolia Extract, Ocimum Basilicum Leaf Extract, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Glycerin, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Polyquaternium-7, Benzophenone-4, Propylene Glycol, Butylene Glycol, Parfum, Linalool, Limonene, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Sodium Hydroxide, CI 42051, CI 47005.
Podsumowując, jest to dobry produkt do kąpieli. Jak za taką cenę to, myślę że warto go przetestować. 


 Balea, Limette&Aloe Vera

 Jeśli chodzi o pojemność to nadal jest to 300 ml. Ja za swoją wersję zapłaciłam 5 zł, ale pewnie gdybyście kupowały ją w niemieckim DM to ta cena byłby troszkę niższa. Wizualnie wydaje mi się, że opakowanie Balea jest ładniejsze. Zapach jest słodki, wyrazisty. Woń cytrusów jednak nadal przypomina cytrynkę z cukrem. Warto podkreślić, że długo utrzymuje się na skórze! Kolor produktu jest żółtawo-mętny. Konsystencja jest troszkę bardziej leista niż Isana. Pieni się równie dobrze. Ta wersja skóry nie wysusza, ale słyszałam opinie, że te żele mają do tego tendencję. Skóra po użyciu jest miękka, gładka, jednak nie nazwałabym jej nawilżonej. Osobiście nie odczułam uczucia ściągnięcia skóry.

Skład: AQUA · SODIUM LAURETH SULFATE · COCAMIDOPROPYL BETAINE · GLYCERIN · COCO-GLUCOSIDE · SODIUM LAUROYL GLUTAMATE · GLYCERYL OLEATE · ALOE BARBADENSIS LEAF JUICE · LAC POWDER · INULIN · LECITHIN · POLYQUATERNIUM-7 · CITRIC ACID · STYRENE/ACRYLATES COPOLYMER · PROPYLENE GLYCOL · SODIUM CHLORIDE · HYDROGENATED PALM GLYCERIDES CITRATE · TOCOPHEROL · PARFUM · LINALOOL · HEXYL CINNAMAL · LIMONENE · BUTYLPHENYL METHYLPROPIONAL · CITRAL · SODIUM BENZOATE · PHENOXYETHANOL · CI 13015 · CI 42090.


BeBeauty, Aloes i Limonka 

Objętościowo zdecydowanie króluje. Za około 4 zł, mamy 400 ml produktu. Patrząc na wygląda i konsystencję jest to w stosunku 1:1 Balea. Dosłownie. Zapach tego produktu to zdecydowanie sama cytryna. Tylko ten aspekt nie pozwala mi stwierdzić, że BeBeauty i Balea to te same produkty. Mam wrażenie, że skóra po zastosowaniu tego balsamu jest sucha. Pojawiło się delikatne swędzenie i pieczenie skóry oraz nieprzyjemne uczucie ściągnięcia. Szkoda, bo żel okazał się najbardziej wydajny z całej trójki.
Podsumowując
Biorąc pod uwagę takie czynniki jak zapach, dostępność, wydajność, konsystencję oraz to czy powoduje podrażnienie pierwsza Korona Limonki wędruje do ISANA. Myślę, że jest to naprawdę godny polecenia produkt - ale pewnie je znacie, dlatego nie będę zanudzać opowieściami. Jestem tylko ciekawa, czy wy sięgacie po tanie, rossamnnowe, żele czy raczej gustujecie w jakiś sprawdzonych droższych markach?
Zapachowy zawrót głowy: Zara Black Amber i Zara Femme

Zapachowy zawrót głowy: Zara Black Amber i Zara Femme


Wiele sklepów stacjonarnych ma w swojej ofercie perfumy. Zazwyczaj nie przekraczają one sumy stu złotych - zaskakują.  Zara od czasu do czasu ponawia swoje ofertę wypuszczając na rynek prezentowany zestaw. Swój kupiłam ponad rok temu w dwupaku za zabójczą cenę 49,90 zł.

W tym zestawie zestawiono ze sobą dwa przeciwstawne zapachy. Każdy z nich ma pojemność 100 ml. Perfumy zamknięte są w geometrycznych flakonach, które według mnie mogą ozdobić każde pomieszczenie urządzone w stylu skandynawskim. Moim zdaniem stanowiłyby fajny element dekoracyjny.

Jeśli chodzi o wydajność tych produktów to jest ona na naprawdę wysokim poziomie. Używam je codziennie od ponad roku i mam ponad połowę butelki. A muszę zaznaczyć, że perfumami zazwyczaj się "oblewam" niż delikatnie spryskuję. Zapach utrzymuje się na ubraniach bardzo długo i jest naprawdę intensywny.

W zasadzie cały czas używam sformułowania "perfumy", a tak naprawdę są to wody toaletowe. Produkty te produkowane są w Hiszpanii. Oprócz sklepu stacjonarnego można dostać je w sklepie online, a czasami w bardzo korzystnych cenach na Allegro. Można dostać je w dwóch pojemnościach: 30 ml i 100 ml. Oprócz prezentowanych wód Zara ma w swojej ofercie jeszcze kilkanaście innych propozycji. Każda z nich jest zbliżona zapachowo do popularnych perfum.

Black Amber jest to ciężki, jednak zmysłowy i głęboki zapach. Na większe wyjścia i na zimową porę jest idealny. Otula swoim zapachem i jest wyczuwalny około 6-8 godzin. Nie czuć w nich nut kwiatowych. Jest to zdecydowanie niebanalny zapach i nie każdemu może on przypaść do gustu.
Femme z kolei są to delikatne kwiatowo-owocowe nuty zapachowe.Jednym minusem tej wersji jest to, że nie są one tak trwałe. Te zdecydowanie lepiej sprawdzą się w letnie wieczory.

Nuty zapachowe perfum: 


Zara Black Amber
 nuta głowy: tangeryna; 
nuta serca: gardenia tahitańska i marakuja
nuta bazy: wanilia i ambra. 
Zamiennik: The One D&G


Zara Femme
nuta głowy: bergamotka
nuta serca: piwonia i wanilia
nuta bazy: paczula i piżmo. 
Zamiennik: Hypnotic Poison Diora

 Podsumowując. wody toaletowe z Zary są naprawdę godne polecenia. Tak jak już wspominałam w ofercie są inne propozycje zapachowe, m.in. Zara  Red Vanilla. Sklep ma w swoim asortymencie również zapachy dla mężczyzn, jednak opinii o nich nie znam.

Któraś z Was stosowała te wody toaletowe? A może macie swoje ulubione "sieciówkowe" zapachy?
 
W poszukiwaniu kokosowego Graala

W poszukiwaniu kokosowego Graala


Jak powszechnie wiadomo kokos, a szczególnie olej kokosowy, ma zbawienny wpływ niemalże na wszystko. Można stosować go od stóp do głów, jak i wewnętrznie. Jak każdy produkt ma wielu zwolenników oraz przeciwników. Ja olej ten stosuję niemalże cały czas, ale czasami chcę urozmaicić sobie przyjemność pielęgnacji i sięgam po kokosowe cuda.
Jednak ja, gdy słyszę słowo 'kokos' przed oczami nie mam oleju. Wyczuwam zapach. Genialny, charakterystyczny, zapach kokosu. W pielęgnacji to właśnie produktów o takiej nucie zapachowej mam najwięcej. 
Pomadki ochronne, żele pod prysznic, balsamy. Wszystko pachnie właśnie nim. Ale jak to jest, że kokos kokosowi nierówny?

Dzisiaj skupię się na opisie trzech balsamów, z różnych półek cenowych. Tę najniższą półkę cenową będzie reprezentowała esencja tropikalnego kokosu w nawilżającym balsamie do ciała z Ziaja  - czyż nie zapachniało wakacjami i olejkami do opalania? (tak, na zapach olejków do opalania też mam obsesję). Średnia półka cenowa to Yves Rocher i Noix de coco. W tym zestawieniu najdrożej wypada Coconut oil body butter, dlatego to jemy przypadnie reprezentowanie wyższej półki cenowej.

Esencja tropikalnego kokosu w nawilżającym balsamie do ciała, Ziaja


Balsam zamknięty jest w poręcznym opakowaniu. Typowym dla marki Ziaja. Otrzymujemy 200 ml produktu, co kosztuje nas około 6 zł. Balsam jest rzadki. Ma bardzo delikatną konsystencję. Mi osobiście przypomina żel do opalania (kurczę, zamęczę Was dzisiaj tymi porównaniami do żelu do opalania). Szybko się wchłania. Poziom nawilżenia jaki pozostawia na skórze jest praktycznie nie wyczuwalny i jeśli poszukujecie czegoś naprawdę bardzo dobrze działającego w tej kwestii to nie polecam. Warto wspomnieć, że balsam nie pozostawia nieprzyjemnego filmu na skórze, nie lepi się.
Producent na opakowaniu zaleca, żeby stosować, go tak często jak jest konieczne. Ale przepraszam bardzo, nie wyobrażam sobie ściągać co 15 minut ubrań i smarować całego ciała, bo mam właśnie taką potrzebę. Myślę, że takie sformułowanie najbardziej pasuje do kremu do rąk, a nie do balsamu do ciała. 
Jeśli chodzi o zapach to radzę nie sugerować się pięknym obrazkiem kokosu.  Według mnie, a mój węch na punkcie tej nuty zapachowej jest naprawdę wyczulony,  w balsamie można odnaleźć delikatną (z naciskiem na to słowo) woń kokosu. W przeważającej mierze dominuje zapach cytrusowy. Zatem esencja tropikalnego kokosu jest bardziej "tropikalna" niż "kokosowa". 

Czy kupię ten produkt ponownie? Nie. Bo przy dłuższym stosowaniu zapach jest bardzo drażniący i z czasem zaczynał przypominać mi jakiś środek do czyszczenia, niż przyjemnie pachnący kosmetyk.

Balsam do ciała Noux de coco, Yves Rocher

Firma Yves Rocher sławi się tym, że proponuje w większości kosmetyki pochodzenia naturalnego. Ja najczęściej sięgam po pomadki ochronne właśnie z tej firmy. Balsam to 200 ml produktu zamkniętego, tak jak poprzednik, w wygodnej formie butelki. Tutaj cena za taką pojemność jest troszkę wyższa, bo wynosi około 15 zł. 
Balsam jest gęsty w konsystencji. Potrzebuje dłuższej chwili na wchłonięcie się, jednak nadal nie pozostawia tłustego filmu na skórze. Nie lubię tego efektu i przy wybieraniu balsamu w dużym stopniu kieruje się również tym - a bardziej opiniami na temat jakiegoś produktu.  Ponownie nawilżenie, w tym produkcie, jest niewielkie. Przy mojej suchej skórze, zdecydowanie zbyt małe. Nie można zarzucić mu tego, że nie pozostawia skóry miękkiej - bo pozostawia. Pomimo wydawać by się mogło tak małej objętości, starcza na naprawdę długo.
Zapach kokosu jest w tym przypadku bardzo intensywny. Wyczuwalny nie tylko przez nas, ale i przez całe otoczenie. Szkoda, że raczej zalicza się do tych chemicznych zapachów. Jak dla mnie zbyt intensywny. 

Czy kupię go ponownie? Tak, bo jest w nim coś takiego pociągającego. Ja swój sposób na "intensywność" tego zapachu znalazłam -nie stosuję go codziennie.

Coconut oil body butter, Arganatrual


Co prawda jest to masło do ciała, jednak dla mnie nie ma to większego znaczenia, gdyż stosuję go jako balsam. Produkt ten wyprodukowany jest w USA i można go dostać przez takie strony jak amazon.com czy ebay.com. Jego cena waha się w granicach 10-15 dolarów, dlatego też zaliczyłam go do wyższej półki cenowej. Osobiście swojego balsamu nie zamawiałam z wyżej wymienionych stron, był to prezent przywieziony ze Stanów Zjednoczonych.
Konsystencja tego balsamu jest średnia. Nie jest ani za gęsty, ani za rzadki. Fenomenem tego kosmetyku jest to, że po nabraniu go w dłonie on się dosłownie w nich rozpływa. Pozostawia skórę momentalnie miękką, delikatną. Pomimo zawartości i oleju kokosowego jak i arganowego można by się spodziewać, że pozostawia na skórze film. On natomiast wchłania się do matu dosłownie od razu. Skóra jest odżywiona, miękka. Produkt jest wydajny, bo do posmarowania całego ciała wystarczy dosłownie odrobina.
Zapach jest genialny. Nie jest ani trochę chemiczny. Jest intensywny, ale nie aż tak nachalny jak Yves Rocher. Jedynie do czego mogłabym się doczepić to forma opakowania. Ja takiej nie lubię. Zdecydowanie wolę wyciskane butelki bądź butelki z pompką. Mam wtedy poczucie, że produkt jest wtedy wykorzystywany. A nie marnotrawiony.
Czy kupię ponownie? Tak, jeśli zdobędę go gdzieś online.

Podsumowując, gdyby kokosowe masło do ciała było dostępne stacjonarnie w Polsce to ono wygrałoby tę rywalizację - bez dwóch zdań. Mam świadomość tego, że nie jest on dostępny i według mnie nie byłoby w porządku stawianie go jako wygranego. Zatem rywalizację pozostawiam nierozstrzygniętą. Dalej szukam kokosowego ideału na polskiej ziemi :) Może Wy mi w tym pomożecie i zasugerujecie jakiś produkt?
Kobo Make-up Primer Matt&Smooth Skin

Kobo Make-up Primer Matt&Smooth Skin


W reklamach i czasopismach aż roi się od idealnie matowych cer. Rzeczą oczywistą jest, że nie jest to efekt naturalny. Dla niektórych aż sztuczny. Mi, posiadaczce cery wyjątkowo tłustej, taki efekt się podoba i często dążę do niego tworząc makijaż.
Od jakiegoś czasu szukam produktu, który wydawał mi się dotychczas mało przydatny. Mowa o bazie pod makijaż. Wydawało mi się, że potrzeba użycia takiego produktu pojawia się, gdy wychodzimy na jakąś dużą imprezę i chcemy, aby makijaż wyglądał perfekcyjnie.

Baza pod makijaż - po co?
Baza pod makijaż, inaczej mówiąc primer, to produkt, który ma na celu przede wszystkim poprawę trwałości makijażu.Stanowi ona pierwszą warstwę makijażu, na której utrzymuje się podkład. Wyróżnia się różne typy baz (matujące, rozświetlające i wygładzające), jednak ja skupię się na matującej. W teorii baza ma przedłużać trwałość makijażu do 12 godzin


 Bazę Kobo Make-up Primer Matt&Smooth Skin jest bez problemu do kupienia w Naturze. Jej cena to 19,90 zł. W opakowaniu znajduje się 20 ml produktu. Produkt jest o konsystencji przeźroczystszego żelu. Sama forma opakowania jest bardzo poręczna. A jeśli nie lubimy, gdy kosmetyki walają się na leżąco po szufladzie, jest na tyle stabilne to opakowanie, że może stać na nakrętce i się nie straci równowagi :)

 Jest to silikonowa baza. Jej ogromnym plusem jest to, że niesamowicie wygładza twarz. Dosłownie mam ochotę cały czas dotykać się po twarzy, bo jest ona tak aksamitna - niemalże jak aksamit. Pomimo dość zbitej i ciężkiej konsystencji rozporwadza się po twarzy bardzo, bardzo łatwo. Za co ogromny plus. Wydajność produktu przy tym wzrasta. Jeśli chodzi o gotowość cery do nałożenia podkładu, to etap ten następuje bardzo szybko. Współpracuje dobrze chyba z większością przetestowanych przeze mnie podkładów.

I na tym zakończyłabym pozytywne strony tego kosmetyku.

Z definicji baza ma przedłużać trwałość makijażu do 12 godzin. Co prawda takiej obietnicy nie znajdziemy na opakowaniu, więc nie karcę tego produktu za to, że nie wytrzymuje takiego okresu. "Długotrwały efekt" wspomniany przez producenta u mnie na cerze utrzymuje się maksymalnie do 4 godzin. Niestety, powoduje wysuszenie skóry. Tak! Wysusza nawet moją bardzo tłustą skórę! I minusem, który zaczyna się gdzieś w Europie a kończy w Ameryce jest fakt, że zapycha.


Ale to tak zapycha...
Tak bardzo mocno...

I nie są to jakieś drobne, pojedyncze krostki. Są to bolące, podskórne, długo gojące się gule. Wierzcie mi lub nie, ale wykluczyłam większość produktów, które mogłaby dodatkowo spowodować taki efekt. Więc jeśli chcecie mieć twarz opuchniętą jak mała świnka, to polecam wam ten produkt! W tej sytuacji spisze się rewelacyjnie.
Chyba, że wasza skórę bardzo trudno jest czymś "zapchać" to wtedy będziecie borykać się z suchością i niespełnioną obietnicą producenta. Albo tylko niespełnioną obietnicą producenta. Albo ta baza was tak zachwyci, że stanie się u was hitem. To tylko moja opinia i moje spostrzeżenia na jej temat. Osobiście uważam, że każdy produkt trzeba poznać na sobie,  a nie ślepo wierzyć recenzją :) Moja dzisiaj jest niepochlebna. Szczerze mówiąc już dawno żaden produkt od Kobo mnie nie zawiódł.

Miałyście styczność z tą bazą? Jestem ciekawa waszego zdania na jej temat.

Cellulit, Avada Kedavra!

Cellulit, Avada Kedavra!

Statystycznie jedną z najczęściej udzielanych odpowiedzi  na pytanie, jakiego elementu najbardziej nie lubimy w swoim ciele, są uda. Głównie przez to, że to na nich pojawia się dość uporczywa i nie zawsze estetycznie wyglądająca skórka pomarańczowa. 
Cellulit to takie cholerstwo o którym słyszała każda kobieta. Niesprawiedliwością w przypadku jego pojawiania się jest fakt, że niektóre kobiety mogą nigdy w życiu go nie doświadczyć, inne już od wieku nastoletniego mogą się z nim borykać. W przeprowadzanych badaniach wykazano, że pojawienie się skóry pomarańczowej dotyka zarówno kobiety otyłe jak i szczupłe. Nie ma również wpływu to, czy kobieta urodziła kilkoro dzieci czy nie rodziła wcale.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o szczotkowaniu ciała na sucho, popukałam się w głowę. Nieprzyjemne, grube włosie bez jakiegokolwiek poślizgu w postaci olejku  - to musiało skończyć się podrażnieniem! Jednak cieszę się, że przełamałam się w tej kwestii i zaryzykowałam, gdyż...


Szczotkowanie na sucho
Jest to zabieg,masaż, polegający na przesuwaniu po ciele szczotką w kierunku pionowym. Zawsze takie szczotkowanie należy zaczynać od stóp i przechodząc dalej: poprzez łydki, uda, brzuch i ramiona. Zawsze w kierunku serca. Najlepiej wykonać je przed prysznicem. Stosowany w okresach zimowych spowoduje szybsze rozgrzanie się organizmu z tego względu, że pobudza krążenie.Twierdzi się, że taki masaż jest dużo efektywniejszy od tradycyjnego peelingu.

Szczotka
Wybór tak naprawdę należy do was. W drogeriach znajdziecie kilkadziesiąt ich rodzajów. Na długim kijku, krótkim, czy takie do trzymania w dłoni. Często wyposażone są one w dodatkowe elementy, m.in. wypustki masujące. Warto zwrócić uwagę na to, żeby szczotka posiadała naturalne włosie.
Ja od kilku miesięcy posiadam szczotkę z Rossmanna z serii For Your Beauty. Posiada wygodną rączkę przez co masaż staje się banalnie łatwy i przyjemny. Ja za swoją szczotkę płaciłam około 19-20 złotych. Z tego co widziałam ostatnio można dostać również wersję bez wypustek.

Podstawowe zasady
A dokładniej moje spostrzeżenia dotyczące szczotkowania ciała na sucho:
- ze względu na duże działanie peelingujące, najlepiej wykonać masaż przed prysznicem. Prysznic pozwoli pozbyć się złuszczonego naskórka
- po prysznicu warto nałożyć jakiś mocny nawilżacz. Skóra po szczotkowaniu dużo łatwiej i chętniej przyjmuje wszystkie dobroczynne składniki produktów.
- zawsze taki masaż należy wykonywać na sucho.
- masaż nie powinien przekraczać 15 minut. Początki jednak bywają trudne, więc proponuję zacząć od kilku minut sukcesywnie zwiększając czas,
- polecam omijać delikatną okolicę - dekolt oraz biust z tego względu, że skóra w tych miejscach jest cieńsza przez co łatwiej ją podrażnić.

Szczotkowanie ciała - ale po co?
Wśród najważniejszych korzyści wyróżnia się przede wszystkim:

- zapobieganie wrastaniu włosków po depilacji,
- odblokowanie porów i złuszczenie martwego naskórka,
- rozbicie obszarów nagromadzonej tkanki tłuszczowej (Avada Kedavra, cellulicie!),
- polepszenie krążenia,
- przyspieszenie metabolizmu, przez co przez skórę szybciej uwalniają się szkodliwe substancje,
- skóra staje się gładka, poprawia się jej koloryt, ujędrnia się.


Szczotkuję swoje ciało już dobre kilka miesięcy. I pomimo tego, że przez jakiś czas robiłam to nieregularnie efekty są widoczne. Przede wszystkim poprawiła się jędrność ciała. Jest miękka, jednorakiego kolorytu. Jako, że nie jest mi obcy problem wrastających włosków mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że ten masaż spowodował ich znaczne ograniczenie. Starałam się szczotkować ciało co dwa dni, ale jak już wspominałam nie zawsze byłam w tym regularna. A efekty przekroczyły moje wszelkie oczekiwania.


A Wy, miałyście kiedykolwiek kontakt ze szczotkowaniem ciała na sucho? Może macie jakiś inny, równie skuteczny sposób?
Fit me!

Fit me!


Wiele osób zaczyna Nowy Rok od postanowień. Dzisiaj jednak nie będzie o nich aż tak bardzo dosłownie. Na takich listach, jednym z pierwszych elementów jest podpunkt: schudnę i zacznę się regularnie odżywiać.
Zaczyna się wtedy wielkie przeszukiwanie internetu. Dieta, ćwiczenia, blogi, milion różnych teorii. Na początku ciężko się w tym odnaleźć, to prawda. Szybko pojawia się efekt zniechęcenia, bo trafiamy na zestaw ćwiczeń, który kompletnie nam nie odpowiada, ale wałkujemy go cały czas...bo podobno szybko się przy nim chudnie.

Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam swoją recenzję dwóch zestawów ćwiczeń. Obydwa stworzone są przez tę samą autorkę, a swoje opinie konsultowałam z koleżanką-instruktorką fitness. 

Karate Cardio to innowacyjna forma ćwiczeń łącząca elementy fitnessu oraz wschodnich sztuk walki. Jest to pełnowymiarowy trening trwający około 50 minut. Ćwiczenia są wyjaśniane w bardzo jasny sposób, tempo jest naprawdę wysokie (jednak przed każdym ćwiczeniem pokazane są warianty dla początkujących!), więc jeśli chcemy  utrzymać oryginalne tempo, a dopiero zaczynamy przygodę z "chudnięciem", nie wytrzymamy do końca. Co ważne jest to trening kompleksowy - zawiera rozgrzewkę na początku jak i rozciąganie po treningu. Warto zwrócić na to uwagę, gdy wybieramy ćwiczenia na Youtube - tam nie zawsze wszystko tworzy harmonijną całość. Fajnym elementem, jest fakt, że na końcu mamy propozycję potreningowych, łatwych do wykonania, koktajli.Myślę, że początkujące osoby potrzebują takich wskazówek, szczególnie jeśli są one od osoby, która zna się na tym co robi i co promuje.

Rozgrzewka jest długa. Trwa około 10 minut i już po niej nie mamy siły na nic więcej. Trening główny daje w kość! A całość zamknięta jest długim, naprawdę świetnie sporządzonym rozciąganiem. Według mnie ten element jest lepiej przygotowany niż stretching zaproponowany przez Ewę Chodakowską.
Program treningowy jest przeznaczony bardziej dla kobiet, gdyż mało w nim propozycji treningu mięśniowego. Na płycie znajdują się trzy bonusy: tabata (zabójcza!), ćwiczenia dla par oraz propozycja koktajli. Warto zaznaczyć, że zarówno tabata jak i ćwiczenia w parach nie są oddzielnym programem treningowym. Są to bonusy jakie możemy wykonać lub dołożyć do głównego programu Karate Cardio.

Według mnie jest to naprawdę świetna propozycja. Sama autorka bardzo precyzyjnie wykonuje każde ćwiczenie, zawracając szczególną uwagę właśnie na ten element. Jednak jest jedno "ale": ćwiczenia mogą bardzo mocno obciążyć stawy kolanowe, więc jeśli macie taki problem zdrowotny nie radziłabym wam stosować tego treningu ciągle. Przy stosowaniu go 3 razy w tygodniu na pewno zobaczycie efekty! 

Anna Lewandowska 15/7 jest to propozycja 7 treningów po 15 minut. W rzeczywistości trwają one około 20. Jest to fajna alternatywa dla osób początkujących. W taki sposób można spokojnie przygotować organizm do większego wysiłku fizycznego i po kilkunastu takich treningach sięgnąć po coś mocniejszego, np. wspominane wyżej Karate Cardio.
Na każdy dzień tygodnia mamy przygotowany zestaw zupełnie innych, różnych ćwiczeń.

Poniedziałek to trening cardio HIIT (czyli inaczej mówiąc: High Intensity Interval Training – trening przedziałowy o wysokiej intensywności). Składa się on z 3 serii, w każdym po 3 ćwiczenia powtarzane 3 razy po 30 s każde.
Wtorek z kolei to trening wyzwanie. Składa się z 3 ćwiczeń, które powtórzone są w 4 seriach. Każde ćwiczenie wykonuje się po 1 minucie.
Środa to trening brzucha, czyli trening głównie na macie

Czwartek to dzień poświęcony nogom i pośladkom.
Piątek trening ramion, barków i pleców. Tutaj potrzebujemy jakieś obciążenie, jednak spokojnie możemy użyć w tym celu butelki z wodą.
Sobota to dzień ćwiczenia w parze. Jednak jeśli nie macie osoby, która chce z wami ćwiczyć, to spokojnie - samemu równie świetnie sobie poradzicie :)
Niedziela to rozciąganie. Pomimo tego, że trening ma na celu regenerację, nie jest on nudny!

Do płyty dołączona jest książeczka, a w niej (podobnie jak w Karate Cardio) przepisy na koktajle. Tym razem znajdziemy ich aż 7! Autorka po raz kolejny zwraca uwagę na to, że ćwiczenia powinny być wykonywane poprawnie technicznie a nie w tempie jaki ona narzuca. Dodatkowo zwraca uwagę jakich ćwiczeń nie powinny wykonywać osoby z poszczególnymi problemami zdrowotnymi.

Osobiście ja wolę połączyć kilka dni w jeden trening. Zazwyczaj skłaniam się ku trzem dniom (np. poniedziałek, środa, niedziela) i wykonuję kompleksowy 45-50 minutowy trening. Efekty zdecydowanie są szybciej widoczne :)
Cena zarówno jednej jak i drugiej płyty wynosi około 29 złotych. Jak na tę cenę otrzymujemy bardzo dobrze przygotowane zestawy treningowe. Obydwa dają mocno popalić, ale mi takie coś odpowiada. Bardzo często sięgam po te płyty i wam serdecznie je polecam :)

Ćwiczycie w domu czy wybieracie siłownie? Bo ja zdecydowanie bardziej wolę domowe zacisze :)
Jeśli chcecie, możecie zajrzeć na mojego instagram ( @panna_z ), gdzie często dzielę się z wami nowościami i tym co aktualnie mnie zachwyca. 

Gliss Kur Hyaluron + Hair Filler

Gliss Kur Hyaluron + Hair Filler


Gliss Kur może poszczycić się przeogromną gamą produktów do włosów. Niektóre się kocha, inne nienawidzi. Ich szampony zawsze skonstruowane są podobnie - są gęste, lśniące, pięknie pachnące. A mgiełko-odżywki do włosów zachwyciły już niejedną z nas.

Jakiś czas temu w Biedronce pojawił się zestaw: odżywka z szamponem. Podobno w mega promocji. Podobno, gdyż po przeliczeniu, w Rossmannie przy zakupie każdego produktu oddzielnie zapłaciłabym kilka złotych mniej.

Zarówno na szamponie, jak i na odżywce, producent zamieścił naklejkę informującą nas o tym, że produkty te wzbogacone są w: "system pielęgnacyjny aby poczuć, że włosy są do 10 lat młodsze pod względem miękkości. Test samooceny na  200 użytkownikach". Czy tylko mi w tym zdaniu coś konstrukcyjnie nie pasuje? Jednak nie to jest najważniejsze! Przecież mamy pamiętać, że włosy staną się do 10 lat młodsze (a my przez to chudsze - może nie o kilogramy, a o kilkanaście złotych z portfela).

Opakowanie jest charakterystyczne dla tych produktów. Odżywka jest z atomizerem, który podczas stosowania się nie zacina. Szampon w geometrycznej butelce. Obydwa opakowania są w kolorze fioletowym, gdybyście na szybko chcieli poszukać je na półce. 

Producent zachęca nas do skorzystania z właśnie tych produktów zapewniając nas, że włosy po odżywce będą się łatwo rozczesywały, zwiększą swoją objętość, zregenerują się od wewnątrz oraz zyskają większą sprężystość. Na obu tych produktach podano takie same zapewnienia. Zatem szampon ma wspierać odżywkę w działaniu, albo odżywka w szampon. Jak kto woli.

Producent dodatkowo zabezpieczył się podają informację, że włosy odmłodnieją nam o 10 lat tylko wtedy, gdy będziemy używać szamponu, odżywki i maski z serii Hyaluron + Hair Filler. Ja maski tej firmy nie posiadam, ale myślę że jakoś znacząco nie wpłynie to na ocenę tego zestawu.



Szampon

Szampon został stworzony, żeby myć włosy. Sięgając do historii zapewne wyparł mydło. W teraźniejszości oprócz funkcji podstawowej, ma działać cuda. I taka reguła tyczy się większości szamponów na rynku.

Schwarzkopf Gliss Kur Hyalouron+Hair Filler Shampoo posiada przepiękny zapach. Trudny do określenia, przypominający zapach męskich perfum. Ciężki, może nie każdemu przypaść do gustu. A to kwestia ważna, jeśli kierujecie się tym aspektem przy doborze szamponu. Zapach utrzymuje się na włosach do kolejnego mycia. I z czasem, ta cudowna woń, zaczyna być denerwująca.

W swojej strukturze szampon jest gęsty. W kolorze biały, zahaczający o perłową biel. Przepięknie się mieni. Jednak bardzo trudno rozprowadzić go i spienić na włosach. Co jest dziwne, bo bardzo wysoko w składzie posiada związek powodujący pienienie się szamponu. 

Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że po umyciu włosów, w miejscu gdzie zaczynało się nakładać owy produkt, są one wyjątkowo obciążone. Wyglądają nieładnie, ciężko się układają. Po kilku godzinach zaczynają przypominać włosy przetłuszczone. A chyba nie takiego efektu się spodziewaliśmy...

Analizując obietnice producenta od razu skreślam z tej listy objętość. Produkt ten powoduje bardziej opadniecie włosów i ich przylizanie. Nie ma mowy o objętości. Sprężystość i wzmocnienie również nie jest zauważalne. Jedyną dobrą, ale nie genialną, rzeczą ujętą w tym szamponie jest zapach.

Czy sięgnę po ten produkt ponownie? Nie, bo się nie sprawdza. Najwidoczniej połączenie kompleksu hialunionianiu i płynnej kreatyny to za dużo dla moich włosów.


Odżywka
Zapach i obietnice w przypadku tego produktu pokrywają się z tym co było zawarte na szamponie. Odżywka umieszczona jest w lekkiej, wygodnie leżącej w dłoni butelce z atomizerem. Kolorystycznie przypomina szampon. Płyn wygląda jak białe mleko wzbogacone czymś perlistym. Po zastosowaniu jej włosy łatwiej się rozczesują, jednak taki efekt można osiągnąć niemalże każdą odżywką. Włosy nie są "intensywnie zregenerowane". Nie szukałabym w tym produkcie drugiego dna. Patrząc na niego sprawiedliwym okiem, jest dobrą odżywką pomagająca w rozczesywaniu włosów. I tyle.

Czy kupię ponownie? Raczej nie, bo wolę odżywki w tradycyjnej formie. 

Zestaw miał sprawić, że nasze włosy odmłodnieją o 10 lat. Nie oszukujmy się fizycznie nie jest to możliwe, nawet gdybyśmy miały taki efekt utrzymywać tylko przez chwilę. Szampon nie spełnił moich oczekiwań. Liczyłam na coś więcej, ale tak jak już wspominałam, być może kreatyna i hialuronian to było już po prostu za dużo.
Recenzją tego produktu pisałam testując je na włosach wysokoporowatych, suchych, kręconych.

Jestem ciekawa Waszego zdania: lubicie Gliss kur? Może macie jakiegoś ulubieńca z tej firmy? *wybaczcie za jakość zdjęć, sztuczne światło zdecydowanie nie służy fotografii*
Copyright © 2014 Lifestyle, beauty, food by Miritirllo , Blogger